Nie tylko my.

„Myślę, że często nie zdajemy sobie sprawy, że dzięki naszym decyzją życie wielu ludzi może ulec diametralnej zmianie. I ciągle te wybory …bo one mogą się okazać znaczące nie tylko dla nas, ale także dla innych, jeszcze dzisiaj, i jutro, i pojutrze …” Cytat ten pochodzi z książki , którą przeczytałam rok temu.

Pamiętam, że jak pierwszy raz przeczytałam ten fragment , zatrzymałam się przez moment nad tymi słowami i zapisałam je sobie. Doszłam wtedy kolejny raz do wniosku, że czasem na własne życzenie komplikujemy sobie życie, konsekwencje czego ponosimy nie tylko my, ale też inni ludzie. Nadal tak uważam. Obserwując życie co niektórych moich znajomych , jak i analizując swoje doświadczenia życiowe.

Wiele rzeczy nie rozumiem , wiele rzeczy mnie boli. Pewne sytuacje, które obserwuję, jak i to co się dzieje na świecie, rodzi we mnie wątpliwości i zwątpienia. Czasem mam wrażenie, że czasy ostateczne są bliżej ,niż dalej. Dlatego muszę dbać o swoją wiarę i relacje z Jezusem (choć to momentami trudne), bo Bóg jest źródłem tego co najlepsze, prawdziwe i trwałe.


Piotr dzisiejszych czasów.

Papieża Franciszka- Piotra dzisiejszych czasów jedni „ kochają”, drudzy obrażają … Moim zdaniem może wynikać to z tego , że niestety często jego wypowiedzi są wyrywane z kontekstu . Tego typu zabiegi często zmieniają sens wypowiedzi . To jest krzywdzące .

Usłyszałam jaki czas temu od księdza , że Pan Bóg zawsze powołuje danego człowieka, najlepszego w danym momencie ,do konkretnego zadania . Trzeba w to wierzyć i zaufać mimo, że po ludzku często jesteśmy sceptyczni.

Mi Franciszek kojarzy się z pokorą i prostym ,bardzo ludzkim przekazem Bożej miłości. Powrotem do korzeni chrześcijaństwa. Przypomina światu czym jest miłosierdzie Boże i co to znaczy życie Ewangelią. Jest blisko ludzi i ich problemów.

Sakrament chrztu.

To co nas „związuje” z Jezusem , a równocześnie z Kościołem to sakrament chrztu. Jest to przejście ze śmierci do życia w inną rzeczywistość. Umiera w nas „stary człowiek”i rodzi nowy. Gdy mamy jakieś trudności lub upadamy, trzeba pamiętać, , że ten „nowy człowiek” w nas żyje.

Każda trudność/ cierpienie jest jak krzyż, na którym umiera w nas „stary człowiek”. Z Jezusem mamy szansę pokonać naszą słabość, nasz grzech i powstać. W dobrych okresach naszego życia trzeba mieć świadomość ,że jesteśmy nadal grzeszni. Życie z Jezusem daje nam szansę i uczy nas zło dobrem zwyciężać.

Sakrament chrztu dokonuję się w nas przez całe życie. Ludzie na różnych etapach życia, odkrywają moc tego sakramentu i wchodzą do Kościoła, by się w nim zakorzenić Myślę , że ja tak świadomie zaczęłam odkrywać moc tego sakramentu ponad rok temu.

Wspólnota jest miejscem, gdzie przez duchową więź jest nam łatwiej przybliżyć się do Boga i żyć według chrześcijańskich zasad . Zwłaszcza w świecie ,gdzie często zapomina się o Bogu, a wiara w Niego jest wyśmiewana. . W naszym świadomym życiu jest potrzebne potwierdzenie przez nas sakramentu chrztu, który otrzymaliśmy, dzięki decyzji rodziców.

Nie bójmy się pustyni.

Pustynia – kojarzyła mi się z nieciekawym miejscem , z niechcianą samotnością, z czymś trudnym. Dlatego nie widziałam w tym czasie żadnych pozytywów. Z własnej woli raczej bym na nią nie poszła.

Choć nie raz miałam pewnych rzeczy dość i chciałam coś zmienić, wszystko zostawić. Trwało to jednak moment i znów chciałam przebywać z ludźmi, mieć kontakt ze znajomymi. Często żyłam problemami innych , by nie myśleć nad swoimi, unikając konfrontacji z własnym życiem.

Choć wiele razy miałam okazję „wyjść na pustynie”. Oddalić się na jakiś czas od znajomych. Miałam szansę, by spotkać się z moim „prawdziwym ja” i porozmawiać z Bogiem. Zmienić życie na lepsze .

Nie korzystałam z tego zaproszenia ponieważ się bałam. Bałam się, że coś stracę, coś mnie ominie. „Świat” o mnie zapomni…Bałam się prawdy ( szczególnie tej trudnej) o sobie i moim życiu. Bałam się, że będę tam zupełne sama i nie dam rady. I tu miałam rację . Nie dałabym rady bez Boga ,ani wtedy ani teraz.

„Pójść na pustynie” trzeba bez osoby towarzyszącej. Jest to miejsce, gdzie idę spotkać się z Bogiem. On mnie przez nią prowadzi. Pomaga przetrwać to co trudne, zmienia mnie, a przez to zmienia się moje życie.

W ubiegły roku przeszłam z Bogiem przez pustynie. Wykorzystałam szansę na zacieśnienie więzi z Jezusem. To było trudne, ale warte tego bólu. Zmieniło to mnie i moje życie na lepsze. Nie bójmy się pustyni.

Spowiedź.

Z sakramentem pokuty i pojednania, bywało u mnie różnie. Były okresy w moim życiu, że bardzo sporadycznie korzystałam z tego sakramentu. Powody, były różne. Im dużej odkładałam spowiedź tym trudniej, było mi się do niej zabrać . Ciągłe odkładanie spowiedzi na „potem”, skutkowało tym , że wyraźne granice w moim sumieniu, między tym co dobrem , a złem, zacierały się. Dopuszczałam się pewnych grzechów myśląc sobie: przecież i tak muszę iść do spowiedzi.

Powodem rzadkiego korzystania ze spowiedzi , było też to, że nie było to dla mnie , aż tak ważne, Czasem obojętne mi było pełne uczestnictwo, we Mszy Świętej. Nie doceniałam łaski uświęcającej. Nie do końca, byłam świadoma , jak ważny jest sakrament pokuty i pojednania. Co się dokonuję w czasie Eucharystii. Jak trwanie w grzechu wpływa destrukcyjnie na życie . Mimo to nigdy  nie zrezygnowałam z tego sakramentu. Po spowiedzi zawsze czułam się „lekka” i wolna.

Zawsze wolałam, a nawet lubiłam spowiadać się u „znajomych” księży. Do dzisiaj uważam , że ksiądz, który zna historię mojego życia, może mnie pokierować, zwrócić na coś uwagę itp.

Niestety czasem było to dla mnie ważniejsze, żeby się wyspowiadać u konkretnego księdza niż to,by oczyścić jak najszybciej serce z grzechu.

Od ponad roku spowiadam się raz w miesiącu. Jak jest okazja to idę do księdza, którego znam , ale jeśli takowego nie ma, idę do tego, który akurat spowiada . Regularna spowiedź jest dla mnie dzisiaj bardzo ważna. Dzięki Bogu mam okazję, by uczestniczyć w Eucharystii, więcej niż raz w tygodniu. Jest to dla mnie dodatkowa motywacja. by trwać w łasce uświęcającej .

Modlitewne wsparcie.

Staram się być dla drugiego człowieka wsparciem, jeśli tego potrzebuje . Jak twierdzą inni wzbudzam zaufanie i potrafię wysłuchać i coś doradzić. Często obciążały mnie te „opowieści” , bo chciałam zrobić coś więcej , ale się nie dało. Działo się również tak dlatego, że nie oddawałam tego Bogu.

Ponad rok temu zaczęłam na Nim budować swoje życie i tworzyć prawdziwą relacje z Jezusem. Było ciężko, bo musiałam momentami „zaprzeć się” samej siebie . Przemyśleć moje relacje z innymi . Nie odsunęłam się od ludzi , ale nie miałam potrzeby „musowo ” się nimi otaczać .Ci, którym zależało utrzymali ze mną kontakt. To był czas dla Boga i dla mnie.

Przez ten czas stałam się bardziej świadoma walki duchowej. Na początku tego roku Bóg napełnił moje serce nadzieją i spokojem. Przekonanie ze ten rok będziełatwiejszyi spełni się moje największe marzenie.

Niedawno miałam okropne 3 noce. . Nie mogłam w ogóle spać. Waliło mi serce, głośno tykał zegar., na który się ciągle patrzyłam czekając na świt. Strasznie się bałam, choć nie wiem tak naprawdę czego. W moje serce wkradł się ogromny lęk, negujący cały spokój i nadzieję. Strasznie mnie to męczyło. Wiedziałam, że nie pochodzi to od Boga…

Poprosiłam ludzi ze wspólnot o modlitwę. Odzew, był duży. Poczułam wielkie wsparcie i znów zobaczyłam jak ważne jest takie modlitewne wsparcie innych ludzi . Czasem wydaje się nam ,że modlitwa za drugiego człowieka i rozmowa z nim to tak niewiele, ale to prawdziwy dar.

„Jutro by mogło być w tej chwili.”

-Asia ty to biedna jesteś ,nie możesz być w pełni szczęśliwa. Nie potańczysz, nie napijesz się piwa, nie pobiegasz…Odpowiadam z uśmiechem :- zatańczyć na wózku mogę, napić się piwa też mogę No faktycznie nie pobiegam , ale nie odbiera mi to szczęścia.

Często spotykam się ze współczuciem. Wiem ,że ci ludzie są empatyczne i mają dobre intencje. Coraz częściej jednak dochodzę do wniosku , że nie trzeba mi współczuć, a jeśli już to nie tego, że jeżdżę na wózku.

„Byleby było zdrowe i szczęśliwe.” Tego zazwyczaj rodzice pragną dla swojego dziecka. To oczywiście normalne , bo choroba nie jest czymś dobrym . Jednak wiem , że choroba nie musi odebrać człowiekowi szczęścia.

Prawie całe życie uważałam , że szczęśliwa jestem wtedy, gdy się uśmiecham. Jestem radosna i nie przeżywam żadnych trudności… Nie wiem czy kiedyś z całą pewnością (tak szczerze uznałam) , że jestem szczęśliwa. Raczej stwierdzałam , że bywam szczęśliwa. Miałam przecież słabsze dni, płakałam, bo ranili mnie ludzie.

Często uzależniałam moje szczęście, od kogoś lub czegoś. Czekając na to, by być szczęśliwa. I można tak czekać do końca życia.. lub być szczęśliwym od teraz..Zrozumiałam, że źródłem prawdziwego szczęścia jest Bóg, który przecież jest przy mnie cały czas

Dzięki Bogu mogę być szczęśliwa , w każdym czasie, nawet w tym gorszym. Z moimi marzeniami spełnionymi i tymi nie . Z mocnymi i słabymi stronami. Z moimi radościami i łzami . Z moją chorobą, bezsilnością i problemami.

Jutro możemy być szczęśliwi. Jutro możemy tacy być. Jutro by mogło być w tej chwili. Gdyby w ogóle mogło być”

Szklanka wody.

Ta sama szklanka z wodą, może być do połowy pusta albo pełna. Zależy na czym się skupimy patrząc na nią. Bardzo często wystarczy mi pół szklanki wody, aby w pełni ugasić pragnienie. Znam ludzi dla których wszystko jest problemem i takich, dla których nic nie jest problemem. Myślę, że ja jestem gdzieś pośrodku.

W życiu są i będą problemy, ale zawsze można znaleźć co najmniej dwa wyjścia z trudnej sytuacji. Trzeba tylko wziąć się w garść , spokojnie pomyśleć nad rozwiązaniem problemu i zaufać Bogu. Takiego podejścia do życia byłam uczona. Dostrzegania „ plusów” w każdej sytuacji. Generalnie staram się być optymistką , choć nie zawsze mi to wychodzi.

Dlatego uważam, że w tym moim „nieszczęściu” jest dużo szczęścia. Jeżdżę na wózku od urodzenia. Wydaję mi się, że trudniej mają osoby, które lądują na wózku, np. przez wypadek Muszą nauczyć się życia na nowo.

Jestem często noszona na rękach. Mam swoje cztery kółka i nigdy nie muszę martwić się o miejsce siedzące. O wiele rzadziej niszczą mi się buty. Jestem też dobrą partnerką do tańca. Nie trzeba przy mnie martwić się kroki. Ryzyko nadepnięcia mi na stopę jest zerowe.

Na co dzień spotykam ludzi, którzy są gotowi mi pomoc . Często słyszę, że społeczeństwo nie akceptuje i odrzuca osoby niepełnosprawne. Jest mi przykro, bo w moim odczuciu to krzywdząca i nieprawdziwa opinia. Mam zupełnie inne doświadczenia .

Przez całe moje życie spotkałam dużo więcej pomocnych i życzliwych mi ludzi , niż takich którzy mnie odrzucili. Prawda jest taka , że nie każdy musi mnie lubić. Mi też nie z wszystkimi po drodze .

(Nie)typowsa piękność.

Od zawsze byłam uczona dystansu do siebie ,do choroby. Umiejętności żartowania z tego. Często ze śmiechem stwierdzałam , że jedyną prostą i ładną rzeczą, którą posiadam to oczy. Jestem wdzięczna, że to potrafię. Ale była to dla mnie również ucieczka. Uciekałam przed konfrontacją z własnymi kompleksami i swoją kobiecością.  Bóg znalazł jednak sposób, bym zmierzyła się z tymi obszarami.

Kiedyś w mojej szafie ,można było znaleźć: sporo dżinsów, dresów i za dużych bluz z kapturem. Włosy , najczęściej wiązałam w kitka. To wszystko , było wygodne i praktycznie . Czułam się bezpiecznie. Ale chodziło mi o coś jeszcze.

„ Chowałam się ” pod taką stylizacją . Ukrywałam moje kompleksy: krzywy kręgosłup, krzywe nogi z przykurczami. Przez to, że jestem chora na mózgowe porażenie dziecięce jeżdżę na wózku, a moje ciało jest mocno pokrzywione .

Spięte włosy, miały kamuflować odstające ucho. Od 13 roku życia uśmiechając się, zasłaniałam usta, ukrywając krzywe zęby. To wszystko zaczęło mi szczególnie dokuczać, w okresie dojrzewania. Wydawało mi się, że przede wszystkim to ludzie widzą, jak na mnie patrzą.

Oczywiście, do tego wszystkiego dołączył się jeszcze trądzik i łupież, z którymi dzielnie walczyłam. Przy tych wszystkich kompleksach, wózek wydawał się najmniejszy problemem.

Jeszcze parę lat temu nie było opcji , żebym tak po prostu założyła sukienkę. Jeżeli już to od święta, a najlepiej to w ogóle. Uważałam , że sukienki lub inne typowo kobiece ciuchy, absolutnie nie są dla mnie.

Jak wiele dziewczyn, mając naście lat zakochałam się. Doświadczenie miłości spowodowało we mnie bunt na chorobę i pierwszą świadomą akceptacje mojej niepełnosprawności. Przyznałam też, że chcę podobać się chłopakom. Jako kobieta marzę o tym, by jakiś chłopak mnie pokochał, ale boję się, że to się nie stanie ponieważ nie jestem” typową pięknością”. To był ważny krok do przodu, w tym temacie.

W międzyczasie wyprostowałam zęby. Ze zdziwieniem odkryłam też , że moje krzywizny nie są, aż tak widoczne dla innych, jak myślałam.

Kolejnym przełomowym momentem, było wesele mojego brata. Przyjaciółka rodziny przekonała mnie wtedy , że muszę kupić sobie sukienkę na tę okazję. Nigdy wcześniej nie przymierzyłam tylu sukienek jednego dnia , ale co ważniejsze zobaczyłam , że jest wiele sukienek, w których moja pokrzywiona sylwetka wygląda o wiele lepiej, niż w za dużych bluzach i dżinsach .

Od tamtego dnia , w mojej szafie pojawiało się coraz więcej sukienek , tunik . Legginsy , okazały wygodniejsze niż spodnie. Nauczyłam się również malować i przestałam bać się rozpuszczać włosy . Bez „ale” uczyłam się ,dziękować za komplementy.

W ostatnim czasie , o wiele bardziej lubię siebie. Starając się akceptować moje pokrzywione ciało i wierzyć/widzieć , że i tak jestem piękna .

List.

W historii mojego życia ,szczególne miejsce ma, święty Jan Paweł. II. Mając kilka lat, miałam okazję widzieć go na żywo. Nie do końca rozumiałam wtedy, co się dzieje, ale czułam, że uczestniczę, w czymś ważnym.

Parę lat później ( mając 14 lat), moja mama pojechała do szpitala. Ja, zostałam pod opieką cioci. Następnego dnia, odwiedził nas, znajomy ksiądz. Rozmawialiśmy o różnych spawach, w tym o Janie Pawle II . W pewnym momencie ,ksiądz wziął mój notatnik , zapisał w nim coś i odłożył na miejsce.

Okazało się, że był to adres do Ojca Świętego. Na drugi dzień, wzięłam kartkę i opisałam moją sytuację rodzinną , problemy zdrowotne mojej mamy, prosząc o modlitwę . Razem z ciocią, wysłałyśmy list do Rzymu. Za kilka dni ,pojechałam na kilkutygodniową rehabilitację. Zapomniałam o liście. Moja mama ,cały ten czas przebywała w szpitalu.

Po paru tygodniach, obie wróciłyśmy do domu. W tym samym dniu sąsiadka , która opiekowała się naszym psem, przyniosła sporą kopertę, zaadresowaną do mnie . Była to odpowiedź z Rzymu. Zapewnienie , że papieżowi, bliskie są problemy mojej rodziny i będzie się o nas modlił. Do listu dołączony, był różaniec . Moja mama, przez kilka następnych lat, modliła się na tym różańcu. Tamten dzień ,był początkiem nowego, lepszego życia.

Mimo ,że urodziłam się i dorastałam, w czasie trwania pontyfikatu Jana Pawła II , stał mi bliższy dopiero, gdy umarł. Bardzo dobrze pamiętam dni, gdy odchodził. Niesamowite, było dla mnie to, że ten rozpędzony świat , po prostu się „ zatrzymał”…. Ostatnie dni życia Ojca Świętego ,były dla mnie piękną, choć trudną lekcją, godnego odchodzenia z tego świata.

Natomiast wątek z listem, stał się dla mnie, inspiracją do napisania pracy magisterskiej, o wizerunku medialnym Jana Pawła II. Dzięki czemu, bliżej poznałam Karola Wojtyłę , świętego Jana Pawła II.