Nie uciekam od „Ciszy”.

„Od muzyki piękniejsza jest tylko cisza”. Usłyszałam te zdanie parę lat temu , ale wtedy nie zastanawiałam się nad nim . Dzisiaj myślę , że dużo w nim prawdy.

Bardzo lubię słuchać muzyki, ale bywała ucieczką od ciszy. Szczególnie gdy, nie chciałam usłyszeć  myśli , serca lub sumienia. A przez to wszystko przecież, przemawia również Bóg . Wolałam to wszystko zagłuszyć. Zagłuszyć siebie jakimkolwiek „hałasem”. Byleby przypadkiem w tej ciszy, niczego nie usłyszeć. Nie lubiłam tego jaka jestem , więc nie lubiłam ze sobą przebywać, tak „sam na sam”.

„ Cisza” potrafi też przemówić, ale trzeba dać jej na to szansę. Powiedzieć prawdę. I tego się często boimy.  Czasem wyraża więcej, niż słowa. Nie zawsze to dostrzegałam. Kojarzyłam ciszę, z nudą lub przykrą koniecznością. Nie potrafiłam  długo przebywać w ciszy, a już na pewno, nie na własne życzenie.

Teraz coraz bardziej siebie akceptuj i lubię. Nie uciekam od „Ciszy”, a wręcz jej potrzebuję. Staram się w nią wsłuchać, by usłyszeć, co ma mi do powiedzenia. Lubię ciszę , a to co w sobie kryje doceniam.

Czy mamy prawo się wtrącać?

Większości ludzi, których poznałam twierdzą, że cenią sobie szczerość i napiętnują fałsz. Tak jest przynajmniej w teorii. Z praktyką natomiast bywa różnie. Najczęściej cenimy szczerość gdy niesie za sobą komplementy, słowa wsparcia oraz akceptację naszego postępowania .

Inaczej się zachowujemy jeżeli słyszymy krytykę, braterskie upomnienie. Taką szczerość zdarza nam się interpretować jako np. chamstwo, przykrość lub brak wsparcia. Jako chrześcijanka powinnam kierować się miłością i szacunkiem wobec drugiego człowieka. Nie oceniać, nie osądzać. Jednak nie mogę akceptować grzesznego postępowania.

Łatwiej nam zwrócić uwagę osobie, której nie darzymy zbytnią sympatiom. Nie owijamy w bawełnę, mówimy wprost. Nie boimy się konsekwencji , bo jest nam obojętne czy ta osoba się na nas obrazi. Natomiast ,gdy kogoś lubimy, nie jest to takie proste. Mamy dylemat: milczeć czy mówić. Zastanawiamy się nad tym , czy mamy prawo się wtrącać.

Trudno jest powiedzieć: „ słuchaj lubię Cię, ale nie akceptuję Twojego postępowania…” Natomiast jest to uczciwe i szczere względem osoby na której nam zależy, Boga oraz własnego sumienia. Dlatego w takich sytuacjach warto przyzywać Ducha Świętego i prosić , by nas prowadził w prawdzie. To co dana osoba z tym zrobi to już jej decyzja.

W wielu momentach mojego życia, brakowało mi takiej uczciwości , szczerości wobec siebie i innych . Wygrywał strach przed konsekwencjami lub źle rozumiana dyplomacja. Prowadziło to do różnych nie porozumień , a w ostateczności zerwania kontaktu.

W czasie tych ostatnich miesięcy parę razy zadałam sobie pytanie : mówić czy nie mówić?. Tym razem prosiłam o pomoc i odwagę Ducha Świętego. Mimo strachu upominałam. Każda z tych osób zareagowała inaczej. Jedna mnie odrzuciła. Druga mi podziękowała, przemyślała swoje zachowanie i coś z tym zrobiła. Trzecia przyjęła moją uwagę, ale pozostała  wobec niej obojętna. Ja natomiast za te osoby się nadal modlę.

Pusty slogan.

Znane hasło: „bądź sobą” To często niestety tylko pusty slogan… Tak naprawdę spotkałam niewielu ludzi na swojej drodze, którzy mają odwagę w stu procentach być sobą. Kierują się miłością , są miłosierni , ale nie boją się nazywać rzeczy po imieniu. Nie idą na kompromis z grzechem…

Często wolimy założyć maskę dla innych, ale również dla siebie. To wydaje się łatwiejsze, niż zmierzyć się z prawdą o sobie. Co za tym idzie , nasze relacje z innymi, są często chwilowe i pełne fałszu nawet jeżeli zapowiadały się na trwałe i prawdziwe….

Przez ostatnich dziesięć lat , zawierałam takie znajomości. Z osobami, które były mi bardzo bliskie , bez których nie wyobrażałam sobie mojego świata, dzisiaj nawet nie rozmawiam… Pozostały wspomnienia i zranienia. Zastanawiam się się czy znałam te osoby. Ile warty, był ten nasz wspólny czas oraz „wielkie słowa”. Nie wiem…. Boli mnie to

Gdy moje słowa są spójne z moimi czynami i życiem nabierają wartości . W innym przypadku stają się pustymi sloganami… By być sobą trzeba najpierw poznać siebie. Stawać w prawdzie to bardzo ważne.

Nie chcę chodzić…

Dla jednych jestem świadectwem tego jak Bóg umacnia i pomaga nieść nasze krzyże. Dla innych natomiast jestem dowodem na to, że Bóg nie istnieje. Często słyszę: -Tyle cierpienia , współczuje, pewnie byś chciała być zdrowa…- szczerze mówiąc, nie wiem….

Oczywiście mama dbała o to , żebym ćwiczyła i była jak najbardziej samodzielna, ale nigdy nie żyłam tylko po to, by zacząć chodzić . Moja sprawność fizyczna nie była i nie jest warunkiem pełni mojego szczęścia…

Jak to jest jeździć na wózku od urodzenia?- zapytał mnie ostatnio znajomy. W tamtym momencie nie zdążyłam odpowiedzieć, ale pomyślałam sobie wtedy – normalnie…Choruję na dziecięce porażenie mózgowe. „Rosłam”na wózku. Innej rzeczywistości nie znam. Nie wiem jak to jest samodzielnie chodzić.

Parę lat temu, podbiegł do mnie mężczyzna i zapytał czy modlę się o swoje całkowite fizyczne uzdrowienie. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie. W pewnym sensie nie chcę chodzić…Nie potrafię odpowiedź czemu Bóg doświadcza mnie niepełnosprawnością, ale rozumiem to i akceptuję.

Wierzę,że jest w tym sens i Jego plan, który widzę, ale nie umiem ubrać tego w słowa. Przez ostatnie miesiące mocno do mnie dotarło, że choroba uczy mnie całe życie pokory, wdzięczności i cierpliwości.

Walkę toczę z sobą samą.

Jak idziesz sam przez „ pustynię” , masz szansę spotkać się z Bogiem. Przejść przez ten czas z Jezusem. Możesz również spotkać się ,ze swoim „ prawdziwym ja” . To bywa najtrudniejsze, ale bardzo ważne i warte wysiłku spotkanie. Wspominałam już kiedyś , że nie da się uciec od siebie samego . Oczywiście można próbować, ale dla mnie to strata czasu i energii.

Teraz najcięższą walkę toczę z sobą samą. Między tym jaka byłam jeszcze parę miesięcy temu , a tym jaka jestem dzisiaj . Trudno jest przestać kombinować po staremu i postąpić inaczej , odpuścić . Iść „za” , a nie „przed”… Trzeba zaufać i wierzyć, że to co się dzieje, ma się dziać…

Kilka dni temu, spojrzałam na ten trudny czas ,jak na próbę. Weryfikację tego, na ile to do czego doszłam przez te parę miesięcy, zapisało się w mojej codzienności. Na ile zmiany, które we mnie zachodzą, są trwałe . Czy  jestem wierna…Nie wystarczy raz podjąć decyzję, ale trzeba jeszcze codziennie w niej trwać i potwierdzać.

Przechodzę przez pustynię.

Przechodzę przez pustynię… To nie pierwsza pustynia w moim życiu. Jednak po raz pierwszy chcę ją przejść z Jezusem. Staram się patrzeć na te ciężkie dni, jak na szansę zbudowania lepszego życia.

Wiele sytuacji mnie przerasta… Nie wiem komu ufać.. .Czuję pustkę… Noszę w sobie wiele wątpliwości i zranień. W ostatnim czasie nie rozumiem ludzi, ani rzeczywistości, w której żyję . Jednym komentarzem, na który mnie tak naprawdę stać to cisza… Po prostu jestem bezsilna wobec tego wszystkiego…, ale może tak ma być?

Tym razem nie chcę uciekać mimo, że kusi…, bo boli.  Chcę zaakceptować to wszystko co się dzieję choć to trudne…Ustąpić miejsca i dać działać Bogu w tych wszystkich obszarach, zaufać…Rozłożyć ręce i modlić się. Nie mam siły, więc Ty Jezu bądź moją siłą, prowadź mnie dalej w prawdzie. Dziękuję, że Jesteś.

Świadomość czasem boli…

Gdy jest się coraz bliżej Boga , widzi się wszystko wyraźniej…. Widzi się to co piękne i dobre, ale również to co złe…Świadomość czasem boli… Prawda o sobie , innych ludziach i otaczającym świecie bywa smutna i przeraża.

Dlatego pojawia się wtedy, chęć ucieczki w stare schematy i zachowania, bo choć dają one tylko chwilowe ukojenie to są dobrze znane. Kiedyś dziwiło mnie dlaczego ludzie, którzy się nawrócili , mówili o tym , cieszyli się tym , po jakimś czasie wracali do starego życia….teraz chyba zaczynam to rozumieć. Ja przeżywam to teraz….

Na pielgrzymce zetknęłam się z obrazem, który bardzo mnie zabolał… Sprawił, że czuję się oszukana, zraniona i w tym wszystkim bardzo zagubiona. Mimo wszystko to dobrze, chociaż jest mi ciężko… Cieszę się, że mnie to boli , bo to świadczy o tym, że nie rozumiem tego i uważam to za rodzaj patologii.

Pewne sytuacje uświadomiło mi, ile w znajomościach, które uważam/uważałam za ważne jest fałszu… Po raz kolejny Bóg pokazał , mi jak ważna jest prawda w życiu. Wiem, że sama nie dam rady przez to przejść….Proszę Cię Jezu weź mnie za rękę i prowadź . Nie pozwól mi się cofnąć. Nie pozwól mi uciec.

Wybór należy do mnie…

I żyli długo i szczęśliwie… Tak zazwyczaj kończą bajki lub komedie romantyczne. Słyszy się często jednak, że życie to nie bajka, a miłość z rodem z komedii romantycznych jest nie realna. Moim zdanie dużo w tym racji… Mimo wszystko wierzę w szczęśliwe życie i w prawdziwą miłość . Ja zaczęłam szukać tego u źródła.. , którym jest Bóg

Wózek jest często kojarzony z dramatem i nieszczęściem. Przeszkodą do odnalezienia prawdziwej miłości . Gdy miałam 18 lat zastanawiam nad sprawami damsko- męskimi ponieważ byłam zakochana . Moja mama pokazała mi wtedy, nową perspektywę spojrzenia na moją niepełnosprawności.

Wytłumaczyła mi , że owszem może mi być trudniej znaleźć męża. Na imprezach mogę nie mieć powodzenia , bo facet, który chcę wyrwać laskę na jedną noc raczej nie podejdzie…,ale przecież nie ma czego żałować. Nigdy nie chciałam i nie szukałam takich przygód .

Mogę, więc patrzeć na wózek jak coś co odstrasza mężczyzn lub jak na ochronę przez niedojrzałym chłopcami i złamanym sercem. Wybór należy do mnie…

Bóg jako jedyny potrafi nasze słabości lub ułomność wykorzystać w dobry sposób. Noszę w sobie pragnienie bycia dobrą żoną i matką. Ostatnio przeczytałam , że „Bóg nie daje człowiekowi pragnień, których nie mógłby wypełnić”. Proszę, więc Go codziennie o dobrego męża i uczę się gotować.

Otworzyłam się na Ducha Świętego.

Doszłam do wniosku, że nie doceniałam i nie dostrzegałam Ducha Świętego. Jezusowi mówiłam wielokrotnie tak ,Bogu też, ale Duch Święty, był mi obcy. Nigdy szczególnie Go nie wzywałam i o Niego nie prosiłam. Myślę, że obok lenistwa i stawiania tylko na emocje, to kolejny powód tego czemu  moich  trudności z codzienną modlitwą. Nie zapraszałam do tego Ducha Świętego.

Oczywiście mimo wszystko  działał w moim życiu . Gdy do innych przychodził po przez śmiech czy dar języków do mnie przychodził  z darem oczyszczenia po przez łzy. Ja długo nie widziałam w tym łaski, działania Ducha Świętego. Co więcej, nie akceptowałam tego w sobie. Uważałam to za moją słabość , wadę. „ Boże jaka ze mnie straszna mazgaja”- tak o sobie myślałam. Później stwierdziłam, że trudno… nie lubię moich łez , ale tak mam i muszę z tym żyć…

W październiku zeszłego roku włączyłam się w przygotowania rekolekcji dla młodzieży. Jedno ze spotkań organizacyjnych, wyprzedzała Msza Święta . Na uwielbienie , zespół zaczął śpiewać „Oceny”. Bardzo uderzyły mnie słowa: „Duchu prowadź mnie gdzie wiara nie ma granic. Daj mi chodzić nad wodami gdziekolwiek mnie zabierzesz. Prowadź głębiej niż pójść mogą moje stopy. Moja wiara się umocni, Twej obecności Boże”

W tamtym momencie zamknęłam oczy ,z których oczywiście pociekły mi łzy i włączyłam się w śpiew. Bardzo dosłownie i wyraźnie wyśpiewałam te słowa szczególnie: „ Prowadź głębiej niż pójść mogą moje stopy”

Z perspektywy czasu widzę i czuję , że wtedy otworzyłam się na Ducha Świętego. A ta piosenka stała się dla mnie szczególną modlitwą. Duch Święty staję mi się bliższy . Proszę o Niego. Zapraszam go do swojego życia, szczególnie do trudnych spraw.

 

 

Dla „dobra sprawy”.

Ostatnio dociera do mnie , że jestem zawiedziona zachowaniem i postawą ludzi , którzy byli lub nadal są w moim otoczeniu. Nie rozumiem ich…. Dostrzegam też ,ile nas różni. Niby wierzymy w jednego Boga , wyznajemy te same wartości, ale… No właśnie jedno się mówi, a drugie robi . Tłumacząc, że czasem tak trzeba dla „dobra sprawy”.

 

Doświadczyłam tzw „ dobra sprawy” , dotkliwie na własnej skórze. Byłam przez około rok w „paczce” ludzi . Wychodziło się razem, rozmawiało ,było super . Z dnia na dzień, zaczęło się coś psuć. Zupełnie tego nie rozumiałam.

 

Okazało się, że wcale nie byłam przez wszystkich lubiana i akceptowana, tak jak mi się wydawało. Nikt nie miał odwagi powiedzieć mi prawdy… Oczywiście, by mnie nie zranić . Dla „dobra sprawy” pewne rzeczy, rozgrywały się ,za moimi plecami.

 

Gdy pewne sytuacje wyszły na jaw, byłam w wielkim szoku. Miałam mętlik w głowie. Zupełnie nie wiedziałam komu ufać i wierzyć. Przez jakiś czas, zastanawiałam się, który uśmiech, dobre słowo itp. , było prawdziwe .

 

Dociera do mnie coraz bardziej , że jedyną osobą, której mogę całkowicie ufać to Jezus. Mogę Jemu wszystko powiedzieć i nigdy nie wykorzysta tego przeciwko mnie. Zawsze mi pomoże w jedyny najlepszy sposób i nigdy tego nie wypomni .

 

Ja często też mówiłam jedno , a robiłam drugie. Od paru miesięcy staram się być odpowiedzialna za to co mówię i tak żyć. Oczywiście z pomocą Boga. Oddaję Mu wszystkie moje sprawy. Zwłaszcza te trudne i co czego nie rozumiem. Ufam , że jak dam Mu się poprowadzić, nie zawiodę się.