„Kajdany” na duszę.

Wolność- walczymy o nią i korzystamy z różnym skutkiem . Ale czy wiemy, czym wolność jest naprawdę? I gdzie jej szukać? . Czy naprawdę jesteśmy wolni?

Gdy wbrew „całemu światu” podejmujmy decyzję na „tak” choć ludzie mówią : „nie rób tego, bo to źle się skończy…” Albo gdy idziemy za „tłumem”, bo większość tak robi, a ja przecież nie chcę być gorsza nawet kiedy inaczej myślę czy czuję.

Często nawet jeśli wierzymy w Boga , boimy się mu oddać nasze życie lub oddajemy Mu tylko pewne obszary. Boimy się za Nim pójść. Boimy się, że nam odbierze to co mamy „ fajnego” . Po prostu obawiamy się, że Bóg zabierze nam wolność po przez np. dekalog.

Jednocześnie oddajemy nasze życie rozmaitym bożkom. Uciekamy w alkohol, narkotyki, seks . Wchodzimy w różnego rodzaju zniewolenia. Zakładamy „kajdany” na duszę.

Bóg daje nam wolność, której nikt nie jest wstanie nam odebrać, wtedy wolność jest w nas .

Dla mnie wolność to dar, z którego trzeba się nauczyć korzystać. Dekalog to nie jest lista zakazów tylko propozycja drogi, która prowadzi mnie do prawdziwego szczęścia. Czy nie tego pragniemy, szczęśliwego życia?

„ Wszystko mi wolno , ale nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko mi wolno , ale ja niczemu nie oddam się w niewolę, Ja chcę być wolna.”

Kochasz bez „ale”.

Kiedyś czekałam na kogoś na dworze i obserwowałam chodzących po chodniku ludzi. Jedni rozmawiali przez telefon, inni się uśmiechali do mnie , a jeszcze inni szli w milczeniu, o czymś myśląc.

– Boże każdy z tych ludzi ma własną historię, którą mógłby opowiedzieć. Każdego z nich kochasz tak samo bez żadnych ” ale” – pomyślałam . Uświadomiłam sobie wtedy, bardzo ważną, choć wydawałoby się prostą prawdę o Bożej miłości.

Dzisiaj wracam do tej myśli. Najtrudniej zaakceptować Bożą miłości, gdy ktoś nas rani i jeszcze mu się powodzi, a my mamy pod górkę. Zastanawiamy się wtedy , gdzie jest w tym wszystkim sprawiedliwość? A przecież modlimy się słowami „ (…) i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”

Są osoby w moim życiu , od których chciałabym usłyszeć „przepraszam”, ale wiem też, że nie muszę na to czekać, by tym osobom przebaczyć. Chowanie urazy wykańcza i zniewala zawsze najbardziej nas samych, a nie osobę , która nas skrzywdziła.

Sens przebaczenia odkryłam no nowo w dialogu z pewnego filmu. W jednej ze scen żona zapytała męża:

-Dlaczego ty tak wszystkim wybaczasz? – na co on odpowiedział,

– Bo wybacza się raz, a nienawidzić trzeba codziennie…

Jestem silna, siłą Boga.

Gdy mama nosiła mnie pod sercem, zastanawiając się nad imieniem dla mnie ,wahała się między Wiktorią (po swojej babci ), a Joanną . Jak mnie pierwszy raz zobaczyła wiedziała , że będę Asią po Joannie d’Arc . Jak wiemy była silną i waleczną kobietą . Jej życie kojarzy mi się ze zwycięstwem . Twierdziła i wierzyła, że jest prowadzona przez Boga.

Według „ ducha” tego świata jestem słabą istotą, która potrzebuje pomocy. Dla jednych jestem „problemem”, a dla inny jestem „darem” i błogosławieństwem . Ci drudzy czasem widzą we mnie więcej niż ja sama w sobie widzę np. wielką siłę i wiarę, która nie pozwala mi się poddać.

Prawda jest taka, że nie mam łatwego życia . Od początku mocno wpisane w nie zostało odrzucenie .Kształtowały mnie trudne doświadczenia, które nie raz wydawały mi się ponad moje siły. Mimo to, nawet gdybym mogła, niczego bym chyba nie zmieniła.

Właśnie te trudne doświadczenia uczyły mnie pokory , zaufania i przebaczania. Uczyły mnie jak pomimo bólu wstawać i iść dalej… Dzięki Bogu dałam radę przejść przez wiele trudnych momentów. Teraz czerpie z nich mądrość , wspominając je ze spokojem , a nawet ze śmiechem. Tak jestem silna, ale siłą Boga.

Letnie owoce.

Lato kojarzy mi się z wakacjami w Kwidzynie . U moich śp. dziadków. Jeździłam do nich przez kilkanaście pierwszych lat życia. Z działką ,na którą mnie zabierali. Z balkonem w ich mieszkaniu , na którym myślałam o życiu . To tam zaczynałam  swoje przemyślenia przelewać na papier. Z psami ,kotami i końmi, na których jeździłam podczas hipoterapii.

Lato kojarzy mi się z obozami wspólnotowi , gdzie uczyłam się być bez mamy i radzić sobie z tęsknotą itp. No i  z pielgrzymkami, na których zaczęłam świadomie poznawać swoją wiarę,ale też uczyć się radzenia sobie w różnych warunkach . Uczyłam się również prosić o pomoc i przyjmować ją z wdzięcznością.

Paradoksalnie przez większość życia, wakacje były dla mnie czasem bardziej spędzonym z Bogiem niż reszta roku. Był to czas codziennych Mszy Świętych i modlitw. Często w czasie roku szkolnego nie wiele czasu poświęcałam na modlitwę lub wręcz w ogóle.

Ograniczałam się do niezbędnego minimum czyli niedzielnej Eucharystii (chociaż też nie zawsze). Błędnie zakładałam , że w wakacje „nadrobię” wszystkie duchowe zaniedbane i potem się poprawię. No i próbowałam , ale różnie mi to wychodziło.

Dzisiaj wiem , że spędzałam wakacje z Bogiem, ale mało spędzałam z Nim czasu na co dzień . Nie dawałam ,więc szansy, by owoce tego czasu dojrzały . Teraz wiem, że nie warto robić sobie przerwy od Pana Boga, w żadnym czasie .Nie muszę od Niego odpoczywać.

„Przede wszystkim zdrowia…”

Mówi się, że „w zdrowym ciele , zdrowy duch” . A najczęściej składane przez nas życzenia, zaczynają się od „ przede wszystkim zdrowia, bo zdrowie jest najważniejsze”. W pierwszych, jak i drugich słowach jest dużo racji.

Prawdziwości tych słów doświadczamy, gdy zachorujemy. Nie mamy siły i to nas ogranicza. Do takich wniosków dochodzimy również ,gdy jesteśmy bezsilni wobec chorób bliskich nam osób. Co za tym idzie, często załamujemy się i słabnie nasz duch…

Zatem wszystko się zgadza , ale czy na pewno ?

Jestem przykładem osoby , która jest chora, ale jednocześnie cieszy się zdrowiem. Jeżdżę na wózku, ale nie biorę żadnych stałych leków, a od kilkunastu lat jakoś poważnie nie zachorowałam .

Mimo to , (oprócz moich stałych ograniczeń) w dwóch sytuacjach doświadczyłam takiej bezsilności. Po operacji kręgosłupa , gdy przez pewien czas, nie mogła robić przy sobie podstawowych czynności. I gdy miałam kontuzję prawej nogi. Nie mogłam na nią stawiać przez około trzy tygodnie . Tak na marginesie , wtedy zobaczyłam jak potrzebne są mi nogi.

W obu tych przypadkach towarzyszyło mi, delikatnie mówiąc, mocne przygnębienie. To co mi pomogło przetrwać i dojść do swojej „normy” fizycznej , to wiara w Boga.

Jest wiele mocno schorowanych ludzi, którzy są silni duchem i przez to, są szczęśliwi. Zdrowie jest bardzo ważne i trzeba go sobie nawzajem życzyć , ale czy zawsze najważniejsze? Ja ostatnio, przede wszystkim życzę ludziom, silnej wiary w Boga.

W „imię miłości”.

Pamiętam, że gdy dorastałam nie rozumiałam ludzi, którzy w „imię miłości” rozwalali czyjeś małżeństwa , związki itp. Już wtedy wiedziałam (choć mało wiedziałam) , że ja bym tak nie mogła… Nie mogłambym na krzywdzie innych budować swojego szczęście… Słyszałam wtedy, że jestem za młoda, żeby to zrozumieć. Dopiero jak się zakocham to zobaczę, że nic innego nie będzie się liczyło. Myślałam sobie, że może mają rację.

I stało się… Zakochałam się i długo kochałam. I wiem , że nie mieli racji…. Wiem, że „miłość”, która daje nam prawo do zniszczenia komuś małżeństwa czy związku, to nie jest miłość. Gdy to co czujemy, zaślepia nas na tyle, że łamiemy swoje zasady i przekraczamy wszelkie granice to, na pewno nie jest miłość..

Obserwowałam ludzi, ,którzy tłumacząc się prawem do szczęścia, byli zgorszeniem dla mnie i innych. Chwilowe „szczęście” zamieniło się w destrukcyjną siłę , która niszczyła ich od środka. Nie kierowali się rozumem , ani tak naprawdę sercem tylko jeszcze czymś innym. Chyba najbardziej (widząc to z boku) przerażało mnie to, że zachowywali się jak zniewoleni, a powtarzali, że są dorośli ,wiedzą co robią i mam się nie wtrącać.

Ja za taką „miłość” podziękuję. Wolę swoją samotność- stwierdziłam. Ale potem zadałam sobie pytanie : Ale czy to w ogóle miłość? Nie ,przecież wiem, że nie.

Miłość, której ja doświadczyłam nie pozbawiła mnie , ani rozsądku , ani wolności. Pozbawiona była egoizmu. Kierując się właśnie tą miłością, nie złamałam zasad, które już wtedy  wyznawałam . Szczęście tej osoby ,było dla mnie naprawdę najważniejsze. Dlatego uszanowałam drogę po której , wtedy szedł i (choć bolało)to potrafiłam zrozumieć i zaakceptować , ze jego szczęście nie jest przy mnie. Ja po prostu naprawdę go kochałam.

To była bardzo trudna, ale ważna i owocna lekcja miłość,z której do dzisiaj czerpie wiedzę.

Jeśli kogoś kochasz, daj mu wolność. Wróci: będzie Twój na wieki. Nie wróci: znaczy, że i tak nic by z tego nie było.

Na „męskim ramieniu”.

Słowo „tata”, było ( w pewnym stopniu nadal jest) mi obce. Obecność ojca w moim życiu od początku, była znikoma . Chociaż dał mi życie jakoś szczególnie nie uczestniczył w nim. Tak wyszło, że od wielu lat nie mamy kontaktu.

Przez pierwsze 13 lat w roli mojego ojca widziałam  mojego śp. dziadka. Jako jedyny tak ważny mężczyzna w moim świecie dał mi akceptację i bezwarunkową miłość. Teraz przede wszystkim szukam jej i odnajduję ją w Bogu.

Przy okazji Dnia Ojca doszłam do wniosku , że takim „tatą” ,w moim życiu ,byli znajomi mi księża, którym zawdzięczam dużo dobra: nie jeden pobyt na plaży w czasie wakacji, nie jeden wyjazd w jakieś fajne miejsca itp.. To księża byli autorami pierwszych komplementów , które usłyszałam . Przeprowadzili mnie również, przez nie jeden trudny moment w moim życiu . Wspierając mnie modlitwą i rozmową. Pozwalając się wypłakać na „męskim ramieniu”.

Myślę, że w dobie mocnej krytyki spływającej bardzo często na kapłanów ( która czasem jest uzasadniona) warto również wspomnieć i pamiętać, że księża nie tylko udzielają nam sakramentów prowadząc do Boga, ale również dla wielu z nas w pewnych momentach naszego życia stają się  po prostu ojcami.

Dlatego jeszcze raz życzę księżom, wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Ojca.

O cuda …

„ Wierzący cudu nie potrzebują, a dla ateisty cud to za mało”. Rzeczywiście rozmawiają z niektórymi ateistami miałam wrażenie, że gdyby nawet Jezus zstąpił z nieba i staną,naprzeciwko nich, i powiedział im prosto w oczy : -JESTEM- nie zrobiłoby to na nich wrażenia.

Jednak my wierzący czekamy na cuda. Czasem ich naprawdę potrzebujemy i modlimy się o nie. Zawłaszcza gdy wątpimy , jesteśmy nie pewni… Sama modlę się o rzeczy , które zaliczam do „kategorii” cudu. No i doświadczamy lub jesteśmy świadkami różnych cudów . O tych „spektakularnych” jest głośno. Słyszymy o nich, opowiadamy.

Gdy uczestniczę np. w modlitwach o uzdrowienie , zawsze ktoś, patrzy na mnie z nadzieją (szczególnie, gdy jest mowa o uzdrowieniach fizycznych) . Z nadzieją, że wstanę z wózka i pójdę. Póki co tak się nie stało, niemniej jednak jestem przekonana , że przed laty doświadczyłam fizycznego uzdrowienia.

Gdy miałam siedemnaście lat, przeszłam operację kręgosłupa. Jak już doszłam do siebie i wróciłam do szkoły, co jakiś czas miałam takie trzydniowe ataki bólowe. Ból był potworny, bardzo wtedy cierpiałam. Trudno mi było w takie dni nawet leżeć. Bez leków przeciw bólowy nie dawałam rady funkcjonować. Na szczęście po trzech dniach wszystko wracało do normy.

Któregoś dnia miał przyjść do nas na obiad proboszcz i przy okazji poświęcić mojej mamie i jej mężowi rowery Niestety w tym czasie przeżywałam kolejny atak bólu kręgosłupa . Na domiar złego tym razem żadne leki nie pomagały.

Mimo ogromnego bólu usiadłam na wózek i jakoś się ogarnęłam. Gy przyszedł proboszcz przywitał się ze mną i powiedział, że pięknie wyglądam . Moja mama powiedziała wtedy , że akurat bardzo cierpię , po czym wyjaśniła sytuację.

Proboszcz poprosił o wodę, którą poświęcił. Powiedział mi, żebym odmówiła „Ojcze nasz” i z wiarą wypiła tę wodę. Zrobiłam tak . Kręgosłup przestał mnie boleć. Od tamtej chwili minęło ponad dziesięć lat , od tamtego dnia nie doświadczyłam już takiego bólu.

Jestem jakaś „dziwna”.

Jak zaczęłam odkrywać swoją kobiecość, przekonywać się do sukienek, chciałam zaakceptować swoje krzywizny i zobaczyć w nich piękno. 2014 roku zgłosiłam się do konkursu Miss Polski na wózku. Mimo ogromnego wsparcia ,nie dostałam się do finałowej dziesiątki (zajęłam trzynaste miejsce).

Udział w tym konkursie , dał mi przestrzeń do wielu przemyśleń na temat akceptacji siebie jak i na temat stosunku niepełnosprawnych kobiet do reszty świata.

Podczas trwania pierwszego etapu(głosowania na kandydatki ) zauważyłam różnice między moją postawą , a postawami innych kobiet jeżdżących na wózku. Zwłaszcza tych ,które jeżdżą na wózku z powodu wypadku.

Doszłam do wniosku , że może jestem jakaś „dziwna”, bo nie obraża mnie sformułowanie „kaleka”. Nie przeszkadza mi to, że ktoś obcy dotknie moich rączek od wózka, albo powiesi na nich torebkę. Nie czuję się jak dziecko, gdy ktoś (szczególnie wysoki) kucnie przy mnie , by zamienić ze mną słowo. Wręcz przeciwnie ułatwia mi to komunikację. Nie denerwuj mnie , gdy ktoś zaproponuje mi pomoc. Przecież od lat walczy się z obojętnością i znieczulicą wśród ludzi. Dlatego czasem pozwalam sobie pomóc ,nawet wtedy ,gdy tej pomocy nie potrzebuje , by nie zniechęcić do pomagania.

Nie zgadzam się ze stwierdzeniem , że wózek to tylko sposób poruszania, czy taki tam dodatek do życia. Mimo wszystko dla mnie to coś więcej …

Jednak najbardziej rozczarowana byłam tym, że konkurs ten ( w moim odczuciu) minął się z celem. Miał „walczyć” ze stereotypami kobiet na wózku i ich kobiecości, a tak naprawdę dopasował nasze (nie)typowe piękno w znane nam kanony piękna promowane przez media.

Po drugie w mojej słabości jest pewien urok i źródło radości. Zacznijcie się czasem uśmiechać do swoich krzywych nosów, piegów i czegoś tam jeszcze, a wtedy to wszystko stanie się piękne”
Akceptacja w wielu aspektach życia jest ważna . Akceptacja swojego wyglądu, siebie ułatwia mi codzienne życie.