„Przypadek”

Przypadek- dla wierzących to świeckie imię Ducha Świętego lub moment, w którym Pan Bóg chce być incognito.

Pamiętam wiele takich „przypadków” w swoi życiu , ale skupię się teraz na jednym wydarzeniu, które miało miejsce parę dni temu. „ Przypadkiem” stałam się świadkiem natychmiastowej i bardzo konkretnej pomocy Bożej w pewnej technicznej sprawie.

Kilka dni temu znajoma pani Dorota odwoziła mnie z pogrzebu bliskiego nam księdza . Zaraz po pogrzebie miały być przewiezione ze szkół instalacje. (Nasza tegoroczna promocja, listopadowych rekolekcji dla młodzieży.) Pojawił się jednak problem … Okazało się, że nie było umówionego wcześniej transportu.

Pani Dorota westchnęła i powiedziała :

– … Jezu ogarnij transport, bo ja nie ma siły myśleć… Jezu ogarnij to, bo mi się naprawdę nie chce…

Widząc co się dzieje pomyślałam :- Boże co tu zrobić? Pomóż…

Za chwilę przed nami „ pojawiła się” biała ciężarówka z napisem : Usługi Transportowe Elbląg i numer telefonu . Bałam się, że nie zdążę wbić cyfr w telefon, ale chyba włączyło się czerwone światło, bo na chwilę stanęłyśmy. Dostałam więcej czasu i zdążyłam. Wykręciłam numer po czym przekazałam telefon Pani Dorocie. Okazało się, że pan jadący tą ciężarówką, może pomóc.

Byłam pod wielkim wrażeniem tego co zobaczyłam. Stwierdziłam, że to za dużo „przypadków” jak na jeden moment. Kolejny raz przekonałam, że Bóg naprawdę słucha. Warto do Niego mówić i z Nim rozmawiać ;).

Są dwie drogi, aby przeżyć życie. Jedna to żyć tak, jakby nic nie było cudem. Druga to żyć tak, jakby cudem było wszystko” Albert Einstein

Coś mnie gryzło.

W poniedziałek trafiło do mnie zdanie : Ewangelizuj cały czas, a jeśli musisz używaj nawet słów…

Pamiętam lata temu, miałam taki czas, że byłam rozczarowana znajomymi z Kościoła. Ich zachowaniem, ale i tak naprawdę gdzieś w głębi duszy także i swoim…Dlaczego ? Żyliśmy/ żyłam „ podwójnym życiem”.

Chodziliśmy na wspólnoty, dawaliśmy świadectwa o tym jak Bóg działa w naszym życiu. Świadczyliśmy o Jego miłości . Wszystko się zgadza… tylko, że za drzwiami kościoła czy plebanii byliśmy często anty świadectwem dla innych ludzi oraz dla siebie nawzajem… Tłumaczenie, że jesteśmy słabi i grzeszni, dlatego jest jak jest, nie do końca mnie przekonywało.

Mimo , ze coś mnie gryzło w tym wszystkim, bałam się radykalnych decyzji. Bałam się nazywać rzeczy po imieniu. Bałam się kolejnego odrzucenia… Myślałam, że zostanę całkiem sama . A Bóg? Owszem jest dla mnie ważny, ale musi to zrozumieć… Dlatego często nie żyłam Ewangelią. Nawet nie starałam się o to.

Ale w tamtym czasie zrozumiałam ludzi poszukujących Boga lub w jakiś mocnym kryzysie wiary. Zrozumiałam ich zniechęcenie do Kościoła, do Boga.

Sama, bym się wielokrotnie zniechęciła, gdybym najpierw nie doświadczyła dobra i piękna, które z Niego płynie. Fundamenty, które zostały we mnie zbudowane (. a teraz wzmocnione) pomogły i pomagają mi takie momenty przetrwać.

Dziękuję Bogu , że stawiał mi na drodze takich ludzi, którzy pomagali mi te fundamenty zbudować.

Przez ostatnie dwa lata zrozumiałam, ze takie „podwójne życie” jest jedną z najgorszych dróg… Zarówno dla nas samych jak i ludzi z naszego otoczenia. Dlatego staram się , by przede wszystkim moje życie było świadectwem tego w co wierze, o czym mówię i piszę .

I tego również Wam życzę 🙂

– Tak.

Życie to opowieść , która ma swój początek i koniec. Wierze ,że jest to tzw. zakończenie otwarte…

Śmierć dla wielu to koniec wszystkiego. Ale my chrześcijanie wierzymy i mamy nadzieję, że to początek wieczności… Ci którzy umarli poznali już prawdę…

Odwiedziliśmy ostatnio grób moich dziadków w Kwidzynie. Siedząc przy nagrobku , zamknęłam na chwilę oczy i zadałam dziadkowi pytanie:

-I co dziadku zdziwiłeś się pewnie?

Skąd takie pytanie ? Czym miał się zdziwić?

Mój dziadek był ateistą , ale jak to mówię takim „prawdziwym ateistą” Co przez to rozumiem? Nie wierzył w Boga, nie chodził do Kościoła. Nie krytykował, nie chwalił, ale szanował Kościół, księży oraz wiarę innych ludzi.

Wierzę , że mimo swojej niewiary za życia jest w niebie. Jak wspominałam bardzo mnie kochał. Mamy niesamowitą więź do tej pory. Choć od 16 lat nie żyje, to nadal czuję jego miłość i akceptację. Mam takie przekonanie również dlatego, ze pól roku po jego śmierci, nasze życie zaczęło się zmieniać na lepsze, o czym już pisałam.

Biorąc to wszystko pod uwagę czuję, że jego odpowiedź brzmi :

– Tak Asiu 🙂 Wciąż jestem …:)

Jutro zbudzisz dzień. Jutro ja twój cień . Będę wszędzie, wszędzie będę,
nawet, gdy mnie już nie będzie.”

Szmata

Co jest w życiu najważniejsze?

Każdy z nas zadaje te pytanie , a jeśli szuka odpowiedzi to i jakąś znajduje. Na rożnych etapach życia, odpowiedź na to pytanie może być nie co inna . Ja ostatnio bardzo wyraźnie widzę , że jedną z najważniejszych rzeczy w życiu jest szacunek do drugiego człowieka. Często brakuję nam tego. Za to wykazujemy się dużym tupetem. Nierzadko jesteśmy bezczelni.

Brakuje nam  szacunku do starszych. Nawet jeżeli z kimś się nie zgadzam to te osoby żyją kilkanaście, kilkadziesiąt lat dłużej na tym świecie ,więc pewnie coś tam o życiu wiedzą.

Szacunku do „dawnych miłości” . Często zadawałam pytanie moim kolegom: -Jak to jest, że jeszcze niedawno kochałeś ją „na zabój” ,a teraz wyzywasz od szmat?

Rodzice… hmmm często mamy im dużo do zarzucenia ( być może słusznie) … Wytykamy im to co zawsze robili lub czego nigdy nie zrobili… Ale prawda jest taka , ze przekazali nam życie. Gdyby nie oni ,nas by nie było. A wtedy nie moglibyśmy mieć tych wszystkich pretensji …

Takich przykładów mogłabym jeszcze mnożyć.

Jestem wdzięczna , że mam szacunek do drugiego człowieka. Do starszej osoby, księdza, nauczyciela itp. Zostałam wychowana tak, by pewnych granic w relacjach z innymi ludźmi ,nigdy nie przekraczać… Dlatego nie przekraczam ich nawet wtedy, gdy jestem zła czy zraniona . Dlatego , że  emocje przechodzą, a szacunek do siebie i innych zostaje.

Trudno, ale prawdziwie.

Są w Piśmie Świętym takie słowa, które zapadły mi szczególnie w pamięć. Takie zdania wypowiedziane przez Jezusa, które za każdym razem czytane przez księdza w Kościele, poruszają moje serce.

Do taki słów należą te: Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje” (Łk 9,23)

Słyszałam to zdanie wielokrotnie . Wcześniej interpretowałam je w ten sposób: – Mam nie być egoistką , mam myśleć o innych, akceptować swoją niepełnosprawność i żyć według przykazań . Proste . – myślałam.

Pewnie w tej interpretacji swoje racje miałam. Może musiałam dojrzeć, by zrozumieć na nowo sens tych słów i zacząć nimi żyć.

Dzisiaj widzę, że w wielu sytuacjach, nie umiałam zaprzeć się siebie i iść za Jezusem, a tym bardziej naśladować Go . Wcale nie dla tego, że byłam egoistką , nie brałam swojego krzyża i nie żyłam według dekalogu. Ale chciałam , żeby to Jezus szedł za mną…

Wciągu tych ostatnich dwóch lat zrozumiałam, co to znaczy „ zaprzeć się siebie” ( dla mnie). Nauczyłam się radykalizmu w moich życiowych decyzjach. Tak jak już pisałam, w pewnych sprawach , nie ma miejsca na kompromis. Ze złem nie można dyskutować..

Zaparłam się siebie ,gdy odpuściłam sobie kontakty z pewnymi bliskimi mi ludźmi. Wybrałam życie w prawdzie . Gdy uwielbiałam Boga w bardzo trudnych sytuacjach . Ufając ( lub bardzo chcąc ufać), że choć bardzo boli ,to dobrze się dzieje. Uczyłam się błogosławić tym, którzy mnie ranią. To wszystko nie jest już takie proste…

Moim krzyżem, okazały się trudne sytuacje w moim życiu, których nie pojmuję. Rodzinnie relacje , których na ten moment nie ma….Staram się to wszystko akceptować, bo jak to mawia moja mama :

– Jest trudno, ale przynajmniej prawdziwie.

Gołąbek z obrazów.

Duch Święty – dopiero ze dwa lata temu zaczęłam go na nowo „odkrywać”, a może nawet pierwszy raz w życiu naprawdę go poznawać… O ile Boga i Jezusa doświadczałam to Duch Święty, był dla mnie obcy . Był „gołąbkiem z obrazów”. Teraz wiem , że takie podejście utrudniało mi m.in. modlitwę, której jak już wspominałam w codziennym moim życiu było mało.

Dzisiaj chcę opowiedzieć o dwóch momentach , w których bardzo wyraźnie zobaczyłam działanie Ducha Świętego , wydawało by się w bardzo prostych sprawach. W sytuacjach, w których bardzo łatwo można zobaczyć zwykły przypadek, ale czy na pewno? Ja sądzę, że nie…

Jadąc do Bazylei na Taizé obawiałam się bariery językowej. Dlatego pierwszego dnia ,podczas wieczornej modlitwy, poprosiłam Ducha Świętego bym mimo ,że słabo znam angielski( tyle co ze szkoły, piosenek i filmów) rozumiała ,to co się do mnie mówi. Byłam mile zaskoczona ,bo tak się stało i na dodatek potrafiłam, jako tako odpowiadać po angielsku.

Teraz będąc w Wilnie na spotkaniu z Papieżem Franciszkiem , gdy dowiedziałam się , że nie będzie tłumaczenia na angielski ( tym bardziej na polski), poprosiłam :

– Duchu Święty nie znam litewskiego ani hiszpańskiego, ale spraw bym jakoś rozumiała.

Gdy czekaliśmy na przybycie Papieża, ustaliśmy przy barierkach , obok mnie stała dziewczyna ( jak się później okazało Gabija. Litewska nauczycielka języka angielskiego). W pewnym momencie, gdy Papież zaczął głosić homilię, zaczęła nam sama z siebie, tłumaczyć na angielski i robiła to do końca spotkania. Dzięki Gabiji rozumieliśmy i mogliśmy bardziej świadomie przeżyć ten czas.

Jestem przekonana , że to nie był tylko zbieg okoliczność. Duch Święty wysłuchał mojej prośby.

„Kajdany” na duszę.

Wolność- walczymy o nią i korzystamy z różnym skutkiem . Ale czy wiemy, czym wolność jest naprawdę? I gdzie jej szukać? . Czy naprawdę jesteśmy wolni?

Gdy wbrew „całemu światu” podejmujmy decyzję na „tak” choć ludzie mówią : „nie rób tego, bo to źle się skończy…” Albo gdy idziemy za „tłumem”, bo większość tak robi, a ja przecież nie chcę być gorsza nawet kiedy inaczej myślę czy czuję.

Często nawet jeśli wierzymy w Boga , boimy się mu oddać nasze życie lub oddajemy Mu tylko pewne obszary. Boimy się za Nim pójść. Boimy się, że nam odbierze to co mamy „ fajnego” . Po prostu obawiamy się, że Bóg zabierze nam wolność po przez np. dekalog.

Jednocześnie oddajemy nasze życie rozmaitym bożkom. Uciekamy w alkohol, narkotyki, seks . Wchodzimy w różnego rodzaju zniewolenia. Zakładamy „kajdany” na duszę.

Bóg daje nam wolność, której nikt nie jest wstanie nam odebrać, wtedy wolność jest w nas .

Dla mnie wolność to dar, z którego trzeba się nauczyć korzystać. Dekalog to nie jest lista zakazów tylko propozycja drogi, która prowadzi mnie do prawdziwego szczęścia. Czy nie tego pragniemy, szczęśliwego życia?

„ Wszystko mi wolno , ale nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko mi wolno , ale ja niczemu nie oddam się w niewolę, Ja chcę być wolna.”

Kochasz bez „ale”.

Kiedyś czekałam na kogoś na dworze i obserwowałam chodzących po chodniku ludzi. Jedni rozmawiali przez telefon, inni się uśmiechali do mnie , a jeszcze inni szli w milczeniu, o czymś myśląc.

– Boże każdy z tych ludzi ma własną historię, którą mógłby opowiedzieć. Każdego z nich kochasz tak samo bez żadnych ” ale” – pomyślałam . Uświadomiłam sobie wtedy, bardzo ważną, choć wydawałoby się prostą prawdę o Bożej miłości.

Dzisiaj wracam do tej myśli. Najtrudniej zaakceptować Bożą miłości, gdy ktoś nas rani i jeszcze mu się powodzi, a my mamy pod górkę. Zastanawiamy się wtedy , gdzie jest w tym wszystkim sprawiedliwość? A przecież modlimy się słowami „ (…) i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”

Są osoby w moim życiu , od których chciałabym usłyszeć „przepraszam”, ale wiem też, że nie muszę na to czekać, by tym osobom przebaczyć. Chowanie urazy wykańcza i zniewala zawsze najbardziej nas samych, a nie osobę , która nas skrzywdziła.

Sens przebaczenia odkryłam no nowo w dialogu z pewnego filmu. W jednej ze scen żona zapytała męża:

-Dlaczego ty tak wszystkim wybaczasz? – na co on odpowiedział,

– Bo wybacza się raz, a nienawidzić trzeba codziennie…