Dla „dobra sprawy”.

Ostatnio dociera do mnie , że jestem zawiedziona zachowaniem i postawą ludzi , którzy byli lub nadal są w moim otoczeniu. Nie rozumiem ich…. Dostrzegam też ,ile nas różni. Niby wierzymy w jednego Boga , wyznajemy te same wartości, ale… No właśnie jedno się mówi, a drugie robi . Tłumacząc, że czasem tak trzeba dla „dobra sprawy”.

 

Doświadczyłam tzw „ dobra sprawy” , dotkliwie na własnej skórze. Byłam przez około rok w „paczce” ludzi . Wychodziło się razem, rozmawiało ,było super . Z dnia na dzień, zaczęło się coś psuć. Zupełnie tego nie rozumiałam.

 

Okazało się, że wcale nie byłam przez wszystkich lubiana i akceptowana, tak jak mi się wydawało. Nikt nie miał odwagi powiedzieć mi prawdy… Oczywiście, by mnie nie zranić . Dla „dobra sprawy” pewne rzeczy, rozgrywały się ,za moimi plecami.

 

Gdy pewne sytuacje wyszły na jaw, byłam w wielkim szoku. Miałam mętlik w głowie. Zupełnie nie wiedziałam komu ufać i wierzyć. Przez jakiś czas, zastanawiałam się, który uśmiech, dobre słowo itp. , było prawdziwe .

 

Dociera do mnie coraz bardziej , że jedyną osobą, której mogę całkowicie ufać to Jezus. Mogę Jemu wszystko powiedzieć i nigdy nie wykorzysta tego przeciwko mnie. Zawsze mi pomoże w jedyny najlepszy sposób i nigdy tego nie wypomni .

 

Ja często też mówiłam jedno , a robiłam drugie. Od paru miesięcy staram się być odpowiedzialna za to co mówię i tak żyć. Oczywiście z pomocą Boga. Oddaję Mu wszystkie moje sprawy. Zwłaszcza te trudne i co czego nie rozumiem. Ufam , że jak dam Mu się poprowadzić, nie zawiodę się.

„Otworzył” sobie bramy do nieba.

Mój dziadek umarł jak miałam nie całe 13 lat. Był prawdziwym ateista i dobrym człowiekiem. Nie chodził do Kościoła, ale szanował ludzi i wiarę. W żaden sposób mu Kościół nie przeszkadzał, nie walczył z nim. Mówił, że najwidoczniej nie ma „tego czegoś”. Myślę, że chodziło o łaskę wiary.


W swoim ateizmie, był konsekwentny do końca. W hospicjum, ani się nie wyspowiadał, co za tym idzie nie przyjął komunii. Jednak mimo wszystko, spokojnie odszedł dopiero gdy pewien pan zaczął odmawiać Koronkę.



Przez miesiąc dziadek codziennie, śnił mi się. W tych snach: rozmawiał ze mną, pocieszał mnie, ale również prosił o modlitwę . Do dzisiaj jestem przekonana , że to nie były zwykle sny. Gdy ostatni raz przyśnił mi się w ten sposób, podziękował mi i „ pożegnał się” ze mną. Patrzyłam jak idzie w jasność .Następnie obudziłam się ze łzami w oczach. To był trudny czas dla mnie i mojej mamy. 



Po pół roku od tych wydarzeń nasze życie, z totalnego dna, zaczęło się cudem zmieniać na lepsze. Tak jakby dziadek „pogadał” z Panem Bogiem by zrobił u nas „porządki”. 


Jestem przekonana, że ja z moją chorobą to była łaska od Boga i droga zbawienia dla Dziadka. Zaakceptował mnie w pełni , nie chciał w żaden sposób „naprawiać”. Po prostu mnie kochał. Wierzę, że miłością „otworzył” sobie bramy do nieba.



Fundament prawdziwych relacji.

Szczera rozmowa jest to umiejętność, której uczę się teraz przede wszystkim rozmawiając z Bogiem. Staram się być w pełni prawdziwa . Nie ubierać masek ponieważ nie da się uciec przed sobą. ..Gdy mówię do Niego na głos, mam szansę skonfrontować się z prawdą o sobie i moim życiu. Jeszcze raz podkreślę prawda wyzwala.

Dużo prościej jest ,jak wszystko jest w porządku. Trudnościami , problemami i wątpliwościami trudniej jest mi się dzielić , ale to także prawda o mnie . Nie lub takiej siebie , ale to dobrze. Ta niechęć , pcha mnie do pracy nad sobą. Powoduję, że chcę lepiej żyć.

Czasem trudno się zdobyć na taką rozmowę z drugą osobą .Ciężko znaleźć odpowiedni moment i traci się czas… Jednak dla mnie to fundament trwałych i prawdziwych relacji . Zrozumiałam , że przede wszystkim źródłem takich właśnie relacji jest Bóg i najpierw muszę zadbać o tą relację , a Jezus poprowadzi mnie, wskazując mi moje błędy, ale też to co jest dobre.

Jeżeli chodzi o ludzi. Gdy mi się walił świat”, usłyszałam od Księdza: Asia pod Krzyżem, były tylko dwie osoby… Tak to już w życiu bywa, czasem trzeba dużo razy się przejechać, by znaleźć” osoby, z którymi zbuduje się, zdrowe, trwałe i dojrzałe relacje. Obie osoby muszą być dojrzałe i gotowe do podjęcia odpowiedzialności za drugą osobę.

Pielgrzymka- życie w pigułce.

Zaczęłam pielgrzymować wraz z mamą 2003 roku miałam 14 lat. Wyruszyłyśmy wtedy, by podziękować Bogu i Matce Boskiej za cud ,który się zdarzył w naszym życiu. Dla mnie osobiście ten czas, był początkiem świadomego poznawania Boga i wiary. Później pielgrzymowałam, dzięki dobrej woli dziewczyn, które mi pomagały.

 

Jednak zeszłoroczna pielgrzymka, XXII w moim życiu, pod wieloma względami była jakby pierwsza . Z perspektywy czasu widzę , że przede wszystkim pierwszy raz skupiłam się, tak świadomie na tym czasie. Zostawiłam codzienność w domu. Telefon służył mi jako zegarek i budzik. Ważni byli dla mnie ludzie, którzy otaczali mnie w „realu” .

 

Do przeżycia tych dwóch tygodni tak , a nie jak zwykle, „zmusił” mnie kryzys towarzyski. W tamtym momencie, była to dla mnie forma „ucieczki”. Jednak Pan Bóg wie co robi i tylko On potrafi wyciągnąć z każdej sytuacji dobro.

 

Doszłam ostatnio do wniosku, że moje nawrócenie to owoc pielgrzymek, a szczególnie zeszłorocznej. Bo to tam ,na szlaku naprawdę poczułam, że Bóg istnieje. W moim sercu jest pragnienie ,by znów wyruszyć na pielgrzymkę. Przede wszystkim, żeby podziękować, za te pół roku i te wszystkie lata , które prowadziły mnie do tego czasu.

 

Pielgrzymka dla mnie to czas trudny, ale wspaniały. To życie w pigułce. Mogę przeżyć wszystkie możliwe emocje od śmiechu do płaczu. Zrzucić maski ( w przenośni i dosłownie) .Stanąć w prawdzie. Zobaczyć jaka jestem . „ Zostawić” ten świat na dwa tygodnie .To czas dla Boga i drugiego człowieka.

„Postawiłam” na Boga.

„Asia widać, że jesteś szczęśliwa, zmieniłaś się”. Jakiś czas temu , usłyszałam te słowa od bliskiej mi osoby , która zna mnie od lat . Uśmiechnęłam się i pomyślałam : „ to prawda”.

 

To była ważna chwila . Dzień wcześniej, uczestniczyłam w bardzo trudnej dla mnie, rozmowie telefonicznej z osobą, na której mi zależy. Emocje wzięły górę. Usłyszałam parę przykrych słów na swój temat. Ta sytuacja nie była dla mnie szokiem . Przypuszczałam, że może do niej dojść.

 

Wcześniej po czymś takim , zachowywałam się tak, jakbym właśnie, przeżywała największy dramat w moim życiu . Działo się tak ponieważ bałam się, że nie poradzę sobie bez z tej osoby. Opierałam moje życie na , niektórych znajomościach. To był błąd ponieważ inni ludzie, nie mogą być fundamentem, na którym buduję mój świat . Długo mi zajęło,  zanim to zrozumiałam .

 

Pierwszy raz nie spędzam całych dni na analizowaniu. Nie stawiam pytań , nie szukam odpowiedzi. Nie próbuje na siłę tego co się stało „naprawiać”. Oczywiście jest mi ciężko z tą sytuacją . Jednak ważne jest dla mnie to, że jest prawdziwie , a tylko na prawdzie warto coś budować. Akceptuję, więc to co się stało i po prostu żyję dalej. Tym razem „postawiłam” na Boga i oddałam to Jemu. Staram się również , by to On , był fundamentem mojej codzienności.

Moja posługa.

Od czasu do czasu zastanawiałam się nad tym czy jestem komuś naprawdę potrzebna. Czy mogę coś dać innym. Fakt jest taki , że to ja potrzebuję często pomocy od innych .

 

Wdzięczna, często miałam poczucie winy. Dotyczyło to tego, że w pewnych relacjach , miałam wrażenie, że dużo biorę, a niewiele daję. Dlatego wiele rzecz, które mnie raniły czy sprawiały przykrość wolałam przemilczeć. Teraz widzę, że był to błąd.

 

W listopadzie ubiegłego roku uczestniczyłam w warsztatach z modlitwy wstawienniczej . Dostarczyły mi wiele wiedzy teoretycznej. Jednak w tamtym momencie kompletnie nie wyobrażałam sobie tego , że bym mogła poprowadzić taką modlitwę . Chętnie dawałam się modlić innym nad sobą, ale żebym ja modliła się nad innymi to nie…

 

Niedługo potem odbywały się rekolekcje dla młodzieży, w których wzięłam udział jako wolontariuszka i pomagałam w sekcji modlitewnej. Przez pierwszy dzień udało mi się być w parze z ludźmi ,którzy prowadzili modlitwę, a ja „tylko” modliłam się powtarzając za nimi.

 

Na drugi dzień podczas rannej mszy dla wolontariuszy, poprosiłam Boga bym dzisiaj była bardziej przydatna, pomocna. By dał mi odwagę być narzędziem w Jego rękach.

 

Tego dnia „przypadek” sprawił, że to ja nad wieloma osobami prowadziłam modlitwę wstawienniczą. Wieczorem byłam zmęczona, ale też radosna , bo miałam poczucie , że naprawdę się na coś przydałam. Myślę, też, że wtedy pierwszy raz odkryłam moją posługę w Kościele.

 

Jakiś czas temu wrócił ten moment do mnie. Uświadomiłam sobie bardzo mocno, że to co mogę dać innym to czas, szczerość i modlitwę za daną osobę. To niewiele, a jednocześnie bardzo wiele w dzisiejszym świecie.

Zaczynam się szanować.

Jestem niepełnosprawna ruchowo, więc jestem zależna od innych, o wiele bardziej niż inni ode mnie. To fakt , który często sprawiał , że zapominałam , o szacunku do samej siebie .

 

Bywało, więc tak ,że utrzymywałam znajomości za cenę swojej godności. Czasem pozwalałam na to by znajomi wykazywali się z brakiem szacunku do mnie. Miałam też problem z wyznaczaniem swoich granic w relacjach z innymi.

 

Bałam się też ,być ze znajomymi do końca szczera. Polegało to na tym , że czasem mówiłam to co chcieli usłyszeć, a nie to co naprawdę myślę. Tym samym dawałam cichą akceptację na sytuacje, które są niezgodne z moją wiarą i wartościami.

 

Ostatnio nieprzyjemna sytuacja w moim życiu uświadomiła mi , że zaczynam się naprawdę szanować. Doszłam do wniosku również, że nie mogę pozwolić by bliscy mi ludzie mnie nie szanowali tylko dlatego, że jestem z nimi szczera i nie wspieram ich tak jakby sobie tego życzyli. Przecież bycie szczerą, z ludźmi, zwłaszcza z tym bliskimi to objaw szacunku ,troski i wsparcia.

 

Może faktycznie zdarzyć się tak , że będę siedziała sama w domu, ale przynajmniej nie będę miała wyrzutów sumienia, bo staram się być szczera wobec Boga, siebie i bliskich.

Prawda wyzwala ,nawet jeśli jest trudna.

„Nie ma odwagi bez strachu”. Pamiętam jak, pierwszy raz usłyszałam te słowa, były dla mnie odkrywcze. Zrozumiałam, wtedy, czym jest prawdziwa odwaga. W pełni się z tym zgadzam. Jestem odważna, gdy coś robię pomimo, że się boję. Myślę , że jedno z drugim ma duży związek. Tam gdzie strach, tam często jest też odwaga.

Ja boję się m.in. odrzucenia , które może doprowadzić do samotności. Boję się, że kiedyś zostanę zupełnie sama . Kierując się tym strachem ,często pozwalałam na sytuację , które sprawiały mi przykrość. Przymykałam oczy na rzeczy, które przeczyły zasadom i wartościom, którymi się kierowałam i o których mówiłam.

Tłumaczyłam to sobie tym, że trzeba czasem coś przemilczeć. Wydawało mi się, że kieruję się dobrem znajomości, na której mi przecież zależy. Często nie mówiłam prawdy,bo nie chciałam nikogo stracić i wybierałam inną drogę . Na końcu , której i tak spotykało mnie to wszystko czego się bałam. Zostawałam z kolejną raną i  poczuciem bezsensu oraz bezsilności.

Pójście za prawdą wymaga dużo odwagi, ale decydując się iść za Jezusem, to jedyna słuszna droga. Nie jest to prosta droga. Czasem „kosztuje” i nie jest pozbawiona „strat”. Jestem jednak  przekonana, że Bóg nigdy mnie nie zawiedzie , nie zostawi mnie. Prawda wyzwala ,nawet jeśli jest trudna.

Ostatnio dotarło do mnie, że wzorem kroczenia tą drogą ,są dla mnie chrześcijanie,którzy giną, bo przyznają się do Jezusa. Nawet w tak dramatycznej sytuacji, nie wyrzekają się wiary. Tracą wszystko , tracą życie… Jakie przy tym wydają się moje straty?

„Bądź wola Twoja”, ale…

Nasza codzienność składa się z chwil dla , których czujemy, że warto żyć, ale i z takich przez , które tracimy chęć do działania. Jej blaski i cienie, wpływają na naszą relację z Bogiem. Raz czujemy się blisko Boga, raz daleko, a czasem nawet, myślimy, że straciliśmy wiarę…

Każdy z nas ma plany i marzenia . Dążymy do ich realizacji , mniej lub bardziej „angażując” w to Pana Boga . Modląc się o powodzenie, nie raz sobie myślimy : „ Boże ja wszystko bardzo dobrze zaplanowałam/łem , więc Ty to tylko teraz pobłogosław , a będę szczęśliwa/wy” . Oczywiście jesteśmy zadowoleni, gdy wszystko układa się po naszej myśli. Dziękujemy Bogu i czujemy Jego bliskość. Upewniamy się, że Bóg istnieje.

Zdarzają się jednak (nierzadko) sytuacje, w których zupełnie nic, nie idzie po naszej myśli. Po prostu wszystko się „wali”. Modlimy się , prosimy o pomoc, a Bóg nic… Tak się nam przynajmniej wydaje.. Myślimy sobie, wtedy „ Boże przecież chcesz mojego szczęścia , a to da mi je,więc czemu nie pomagasz?” Czujemy , że się od Niego oddalamy. Nasza wiara słabnie…

Przyczyn takiego stanu jest z pewnością wiele . Jedną z nich , może być to, że w tych trudnych dla nas sytuacjach, zapominamy, o znaczeniu słów, którymi się modlimy: „Bądź wola Twoja”. Pamiętajmy, że Boże spojrzenie różni się od naszego ludzkiego. On jedyny wie czego i kiedy, tak naprawdę nam potrzeba, lepiej od nas samych. Dopiero w takich momentach, możemy w pełni przekonać się ,na ile tak naprawdę ufamy Bogu i jesteśmy poddani Jego woli. Myślę, że m.in. po to, są nam dane takie chwile. To jest ich wartość.

O wiele prościej jest cieszyć się życiem, jak wszystko układa się po naszej myśli. Wtedy wierzymy i widzimy wyraźnie, sens wszystkiego. Gdy sytuacja jest odwrotna, wszystko się komplikuje. W takich momentach trudno nam dostrzec sens. Czujemy się zagubieni. Wątpimy w to, że wszystko się ułoży.

Czasami dopiero z perspektywy czasu , dostrzegamy, że nawet to co trudne, dzieje się w naszym życiu, w jakimś konkretnym celu. Stwierdzamy wtedy , że było warto, bo teraz jest lepiej. Co prawda nie zrealizowaliśmy naszego planu, ale wyszliśmy na tym lepiej.

Pan Bóg jest z nami w każdy momencie naszego życia . Warto starać się o tym zawsze pamiętać , w szczególności wtedy, gdy nie czujemy Jego obecności. Tylko Bóg ma dla nas plan, który ma doprowadzi nas do prawdziwego szczęścia, więc niech się dzieje Jego wola, bez żadnych naszych „ale”.

Nie zawsze , muszę coś czuć.

Przez lata miałam duży problem, z modlitwą formułkami. Głównie, jak się okazało przez lenistwo. Po za tym, nie szła mi też , dlatego, że oczekiwałam za każdym razem, jakiś nadzwyczajnych odczuć.

Znałam doświadczenie modlitwy z pielgrzymek, z rekolekcji, podczas śpiewów itp. Modlitwy przy , której towarzyszyło mi, wiele odczuć emocjonalnych, które stawiałam na pierwszym miejscu.

Dlatego odkładałam modlitwę na ostatnią chwilę. Kończyło się to tym ,że zasypiałam , nie modląc się wcale. Martwiło mnie to, bo z tyłu głowy miałam słowa kapłanów , że chrześcijanin, który się nie modli , to niechrześcijanin.

Tak mnie to męczyło, że na któryś rekolekcjach postanowiłam pójść do spowiedzi. Opowiedziałam księdzu o moich wątpliwościach. Powiedział mi wtedy,że nie zawsze trzeba być na „różowej chmurce”, by uważać się za osobę wierzącą. W życiu codziennym jest ważna nasza postawa, konsekwencja, cierpliwość i szczerość.

Taka jest teraz moja modlitwa. Uwielbiam, proszę i przepraszam Boga. Staram się przede wszystkim skupiać na Nim, a nie na tym, czy coś czuję.

Na pielgrzymkach, rekolekcjach czy czuwaniach, często gra zespół. Gitary, piękny śpiew , dookoła ludzie wyznający podobne wartości, nie rzadko (zwłaszcza na Adoracji) przyciemnione światło i rozstawione świeczki wokół ołtarza . To wszystko tworzy niepowtarzalną atmosferę, którą bardzo lubię. Wydawało mi się , że łatwiej się modlić, w takich okolicznościach.

Na co dzień jednak adoracja, często jest w ciszy albo przy śpiewie organisty, tak samo jak msza święta itp. I choć uczestniczyłam w tych samych wydarzeniach, czasem nie czułam się tak samo, czegoś mi brakowało, trudniej mi się było modlić. Była to prawda, bo stawiałam na emocje.

Wiara jest dla nie mnie łaską. Teraz jest również świadomym wyborem i życiową postawą. Modląc się rozmawiam z Bogiem . Nie zawsze, muszę coś czuć.