„Przede wszystkim zdrowia…”

Mówi się, że „w zdrowym ciele , zdrowy duch” . A najczęściej składane przez nas życzenia, zaczynają się od „ przede wszystkim zdrowia, bo zdrowie jest najważniejsze”. W pierwszych, jak i drugich słowach jest dużo racji.

Prawdziwości tych słów doświadczamy, gdy zachorujemy. Nie mamy siły i to nas ogranicza. Do takich wniosków dochodzimy również ,gdy jesteśmy bezsilni wobec chorób bliskich nam osób. Co za tym idzie, często załamujemy się i słabnie nasz duch…

Zatem wszystko się zgadza , ale czy na pewno ?

Jestem przykładem osoby , która jest chora, ale jednocześnie cieszy się zdrowiem. Jeżdżę na wózku, ale nie biorę żadnych stałych leków, a od kilkunastu lat jakoś poważnie nie zachorowałam .

Mimo to , (oprócz moich stałych ograniczeń) w dwóch sytuacjach doświadczyłam takiej bezsilności. Po operacji kręgosłupa , gdy przez pewien czas, nie mogła robić przy sobie podstawowych czynności. I gdy miałam kontuzję prawej nogi. Nie mogłam na nią stawiać przez około trzy tygodnie . Tak na marginesie , wtedy zobaczyłam jak potrzebne są mi nogi.

W obu tych przypadkach towarzyszyło mi, delikatnie mówiąc, mocne przygnębienie. To co mi pomogło przetrwać i dojść do swojej „normy” fizycznej , to wiara w Boga.

Jest wiele mocno schorowanych ludzi, którzy są silni duchem i przez to, są szczęśliwi. Zdrowie jest bardzo ważne i trzeba go sobie nawzajem życzyć , ale czy zawsze najważniejsze? Ja ostatnio, przede wszystkim życzę ludziom, silnej wiary w Boga.

W „imię miłości”.

Pamiętam, że gdy dorastałam nie rozumiałam ludzi, którzy w „imię miłości” rozwalali czyjeś małżeństwa , związki itp. Już wtedy wiedziałam (choć mało wiedziałam) , że ja bym tak nie mogła… Nie mogłambym na krzywdzie innych budować swojego szczęście… Słyszałam wtedy, że jestem za młoda, żeby to zrozumieć. Dopiero jak się zakocham to zobaczę, że nic innego nie będzie się liczyło. Myślałam sobie, że może mają rację.

I stało się… Zakochałam się i długo kochałam. I wiem , że nie mieli racji…. Wiem, że „miłość”, która daje nam prawo do zniszczenia komuś małżeństwa czy związku, to nie jest miłość. Gdy to co czujemy, zaślepia nas na tyle, że łamiemy swoje zasady i przekraczamy wszelkie granice to, na pewno nie jest miłość..

Obserwowałam ludzi, ,którzy tłumacząc się prawem do szczęścia, byli zgorszeniem dla mnie i innych. Chwilowe „szczęście” zamieniło się w destrukcyjną siłę , która niszczyła ich od środka. Nie kierowali się rozumem , ani tak naprawdę sercem tylko jeszcze czymś innym. Chyba najbardziej (widząc to z boku) przerażało mnie to, że zachowywali się jak zniewoleni, a powtarzali, że są dorośli ,wiedzą co robią i mam się nie wtrącać.

Ja za taką „miłość” podziękuję. Wolę swoją samotność- stwierdziłam. Ale potem zadałam sobie pytanie : Ale czy to w ogóle miłość? Nie ,przecież wiem, że nie.

Miłość, której ja doświadczyłam nie pozbawiła mnie , ani rozsądku , ani wolności. Pozbawiona była egoizmu. Kierując się właśnie tą miłością, nie złamałam zasad, które już wtedy  wyznawałam . Szczęście tej osoby ,było dla mnie naprawdę najważniejsze. Dlatego uszanowałam drogę po której , wtedy szedł i (choć bolało)to potrafiłam zrozumieć i zaakceptować , ze jego szczęście nie jest przy mnie. Ja po prostu naprawdę go kochałam.

To była bardzo trudna, ale ważna i owocna lekcja miłość,z której do dzisiaj czerpie wiedzę.

Jeśli kogoś kochasz, daj mu wolność. Wróci: będzie Twój na wieki. Nie wróci: znaczy, że i tak nic by z tego nie było.

Na „męskim ramieniu”.

Słowo „tata”, było ( w pewnym stopniu nadal jest) mi obce. Obecność ojca w moim życiu od początku, była znikoma . Chociaż dał mi życie jakoś szczególnie nie uczestniczył w nim. Tak wyszło, że od wielu lat nie mamy kontaktu.

Przez pierwsze 13 lat w roli mojego ojca widziałam  mojego śp. dziadka. Jako jedyny tak ważny mężczyzna w moim świecie dał mi akceptację i bezwarunkową miłość. Teraz przede wszystkim szukam jej i odnajduję ją w Bogu.

Przy okazji Dnia Ojca doszłam do wniosku , że takim „tatą” ,w moim życiu ,byli znajomi mi księża, którym zawdzięczam dużo dobra: nie jeden pobyt na plaży w czasie wakacji, nie jeden wyjazd w jakieś fajne miejsca itp.. To księża byli autorami pierwszych komplementów , które usłyszałam . Przeprowadzili mnie również, przez nie jeden trudny moment w moim życiu . Wspierając mnie modlitwą i rozmową. Pozwalając się wypłakać na „męskim ramieniu”.

Myślę, że w dobie mocnej krytyki spływającej bardzo często na kapłanów ( która czasem jest uzasadniona) warto również wspomnieć i pamiętać, że księża nie tylko udzielają nam sakramentów prowadząc do Boga, ale również dla wielu z nas w pewnych momentach naszego życia stają się  po prostu ojcami.

Dlatego jeszcze raz życzę księżom, wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Ojca.

O cuda …

„ Wierzący cudu nie potrzebują, a dla ateisty cud to za mało”. Rzeczywiście rozmawiają z niektórymi ateistami miałam wrażenie, że gdyby nawet Jezus zstąpił z nieba i staną,naprzeciwko nich, i powiedział im prosto w oczy : -JESTEM- nie zrobiłoby to na nich wrażenia.

Jednak my wierzący czekamy na cuda. Czasem ich naprawdę potrzebujemy i modlimy się o nie. Zawłaszcza gdy wątpimy , jesteśmy nie pewni… Sama modlę się o rzeczy , które zaliczam do „kategorii” cudu. No i doświadczamy lub jesteśmy świadkami różnych cudów . O tych „spektakularnych” jest głośno. Słyszymy o nich, opowiadamy.

Gdy uczestniczę np. w modlitwach o uzdrowienie , zawsze ktoś, patrzy na mnie z nadzieją (szczególnie, gdy jest mowa o uzdrowieniach fizycznych) . Z nadzieją, że wstanę z wózka i pójdę. Póki co tak się nie stało, niemniej jednak jestem przekonana , że przed laty doświadczyłam fizycznego uzdrowienia.

Gdy miałam siedemnaście lat, przeszłam operację kręgosłupa. Jak już doszłam do siebie i wróciłam do szkoły, co jakiś czas miałam takie trzydniowe ataki bólowe. Ból był potworny, bardzo wtedy cierpiałam. Trudno mi było w takie dni nawet leżeć. Bez leków przeciw bólowy nie dawałam rady funkcjonować. Na szczęście po trzech dniach wszystko wracało do normy.

Któregoś dnia miał przyjść do nas na obiad proboszcz i przy okazji poświęcić mojej mamie i jej mężowi rowery Niestety w tym czasie przeżywałam kolejny atak bólu kręgosłupa . Na domiar złego tym razem żadne leki nie pomagały.

Mimo ogromnego bólu usiadłam na wózek i jakoś się ogarnęłam. Gy przyszedł proboszcz przywitał się ze mną i powiedział, że pięknie wyglądam . Moja mama powiedziała wtedy , że akurat bardzo cierpię , po czym wyjaśniła sytuację.

Proboszcz poprosił o wodę, którą poświęcił. Powiedział mi, żebym odmówiła „Ojcze nasz” i z wiarą wypiła tę wodę. Zrobiłam tak . Kręgosłup przestał mnie boleć. Od tamtej chwili minęło ponad dziesięć lat , od tamtego dnia nie doświadczyłam już takiego bólu.

Jestem jakaś „dziwna”.

Jak zaczęłam odkrywać swoją kobiecość, przekonywać się do sukienek, chciałam zaakceptować swoje krzywizny i zobaczyć w nich piękno. 2014 roku zgłosiłam się do konkursu Miss Polski na wózku. Mimo ogromnego wsparcia ,nie dostałam się do finałowej dziesiątki (zajęłam trzynaste miejsce).

Udział w tym konkursie , dał mi przestrzeń do wielu przemyśleń na temat akceptacji siebie jak i na temat stosunku niepełnosprawnych kobiet do reszty świata.

Podczas trwania pierwszego etapu(głosowania na kandydatki ) zauważyłam różnice między moją postawą , a postawami innych kobiet jeżdżących na wózku. Zwłaszcza tych ,które jeżdżą na wózku z powodu wypadku.

Doszłam do wniosku , że może jestem jakaś „dziwna”, bo nie obraża mnie sformułowanie „kaleka”. Nie przeszkadza mi to, że ktoś obcy dotknie moich rączek od wózka, albo powiesi na nich torebkę. Nie czuję się jak dziecko, gdy ktoś (szczególnie wysoki) kucnie przy mnie , by zamienić ze mną słowo. Wręcz przeciwnie ułatwia mi to komunikację. Nie denerwuj mnie , gdy ktoś zaproponuje mi pomoc. Przecież od lat walczy się z obojętnością i znieczulicą wśród ludzi. Dlatego czasem pozwalam sobie pomóc ,nawet wtedy ,gdy tej pomocy nie potrzebuje , by nie zniechęcić do pomagania.

Nie zgadzam się ze stwierdzeniem , że wózek to tylko sposób poruszania, czy taki tam dodatek do życia. Mimo wszystko dla mnie to coś więcej …

Jednak najbardziej rozczarowana byłam tym, że konkurs ten ( w moim odczuciu) minął się z celem. Miał „walczyć” ze stereotypami kobiet na wózku i ich kobiecości, a tak naprawdę dopasował nasze (nie)typowe piękno w znane nam kanony piękna promowane przez media.

Po drugie w mojej słabości jest pewien urok i źródło radości. Zacznijcie się czasem uśmiechać do swoich krzywych nosów, piegów i czegoś tam jeszcze, a wtedy to wszystko stanie się piękne”
Akceptacja w wielu aspektach życia jest ważna . Akceptacja swojego wyglądu, siebie ułatwia mi codzienne życie.

Zagubieni.

Mój kolega ateista, w szkole średniej chodził na religię, bo lubił rozmawiać z księdzem. Jednak uczciwie mówił, że w Boga nie wierzy. Z tego powodu nie zdecydował się na bierzmowanie (logiczne) . Ksiądz na koniec roku wystawił mu piątkę z religii, za uczciwą i konkretną postawę.

Nie mogłabym być za aborcją i eutanazjom, będąc chrześcijanką. Pomagać i wspierać osoby niepełnosprawne, kochać dzieci jednocześnie będąc zwolenniczką czarnych protestów oraz brać w nich udział. Po prostu uważam, że pewne spawy się wykluczają . I jeśli szukamy kompromisu, z czasem stajemy się nijacy , niespójni i zagubieni.

Tak, znam te wszystkiego argumenty za i przeciw. Tłumaczenie takich postaw tolerancją, akceptacją i nowoczesnością. Mnie to nie przekonuje. Nie da się iść w dwie przeciwne strony… Życie to sztuka kompromisów , ale też dokonywania wyborów.

Mówi się, że trzeba umieć w życiu iść na kompromis. To prawda, ale są sprawy , w których nie ma miejsca na kompromisy. Pewne aspekty życia , są albo białe albo czarne. Wreszcie, są momenty, w których trzeba dokonać wyboru. Zdecydować się na jedną, konkretną drogę.

Podpowiedź.

Gdy ponad rok podjęłam świadomą decyzję, że chce być chrześcijanką „na serio”, po „okresie cukierkowym”, przyszły bardzo trudne dla mnie momenty ( nie pierwsze i nie ostatnie takie) .

Momenty pełne wątpliwości, strachu i bezsilności. Czułam się znów taka mała…. Mimo wszystko starałam się trwać w modlitwie (nie było to łatwe).

Pewnego dnia napisałam do jednej z moich koleżanek. Opisałam co przeżywam i poprosiłam o modlitwę. Miałam takie przekonanie, że właśnie ona  to zrozumie. Nie myliłam się . Wsparła mnie dobrym słowem i zapewniła o modlitwie. Ale oprócz tego dała mi radę .

Poradziła mi, żebym w takim trudnym czasie, mówiła w myślach :„Jezu Ty się tym zajmij !” . Bym powtarzała to zdanie nawet kilkadziesiąt razy dziennie , a „Góra” na pewno pomoże. Sama tego doświadczyła. Postanowiłam spróbować i przetrwałam . Od tamtego momenty, gdy jest mi ciężko i trudno mi się modlić, wypowiadam tylko (albo aż) to zdanie.

Natomiast około dwóch tygodni temu dostałam od księdza obrazek. Schowałam go do torebki i wróciłam do domu. Parę godzin później oglądając obrazek odkryłam, że na odwrocie znajduję się : RÓŻANIEC ZAUFANIA ks. Dolindo Ruotolo. Co prawda nie znam  historii księdza Dolindo , ale mam nadzieję ,że wkrótce będę miała okazję przeczytać książkę.

Można uznać , że ten obrazek to przypadek, ale ja wierzę , że to „podpowiedź” Ducha Świętego. „Podpowiedź”, bym nie tylko mówiła( w trudnych chwilach): „Jezu Ty się tym zajmij!” , ale na co dzień modliła się Różańcem Zaufania.

(NIE)jestem ciężarem.

Po pierwsze zobaczyłem, że moja słabość zmusza mnie do szukania pomocy, pokazuje, że nie jestem samowystarczalny i potrzebuję innych.”

W tych słowach wyraża się, to czego przez całe życie uczyła mnie moja niepełnosprawność. Były i są sprawy, których sama „nie przeskoczę”. Musiałam nauczyć się prosić o pomoc i ją przyjmować . Bywa to frustrujące. Czy jestem przez to ciężarem dla innych ? Czy moje życie to wieczna udręka?

Gdybym nie zjeździła na wózku i nie znała swojego życia , ani tego świata, a wiedzę o nim czerpała z przekazów medialnych, hmmm odpowiedź mogłaby brzmieć tak…

Nie dziwię się ludziom zdrowym, którzy zupełnie nie mieli styczności z niepełnosprawnością , że kalectwo jest dla nich wielkim dramatem. Rozumiem, że obcy ludzie współczują mi. Wydaję im się, że cierpię, jestem nieszczęśliwa, bo nie mogę chodzić. To dobrze, że są wrażliwi.

Przekazy medialne to jedno , ale niestety samo środowisko osób niepełnosprawnych i ich opiekunowie  nierzadko kreują wizerunek, który wzbudza tylko litości . „ Zachęca” do płakania nad naszym potwornie ciężkim los, w którym nie ma miejsca na normalność , uśmiech i szczęście. Przez co sami spychamy się na margines społeczny.

Oczywiście trzeba mówić o problemach, z którymi się borykamy. Nie zaczarowywać rzeczywistości, ani jej nie koloryzować, ale też nie pozbawiać wszystkich kolorów. Nie przedstawiać tylko w czarnych barwach… Mówić o tym co trzeba zmienić, ale nie zapomin, że już wiele zmieniło się na lepsze.

To prawda nie są mi obce stany depresyjne. Wylałam wiele łez. Doświadczyłam odrzucenia. Parę razy dałam się wykorzystać no i nie raz myślałam, że jestem ciężarem. Mimo to moje życie to nie jest udręka ,bo się czasem uśmiecham , bo są ludzie, którzy mnie szanują, lubią , a nawet kochają.

Wielu z nich mi chętnie pomaga, ale ja też jestem dla nich wsparciem. Posiadam marzenia, które się ,od czasu do czasu spełniają. Mam plany,  do  których realizacji dążę. Owszem posiadam ograniczenia, ale mam też talenty , które rozwijam.

Hmmm , czy nie mamy podobnie?

Wstań i wyjdź.

W życiu na „siedząco” jest jak, w każdym innym życiu wiele odcieni. Do tych jaśniejszych odcieni należy to,że nie trzeba martwić się o miejsce siedzące , bo ma się własne. Nie trzeba też się martwić o to, że w czasie tańca podepczą ci stopy. Ma się darmową komunikacje miejską i tym samym można zapewnić darmowy przejazd znajomemu. Natomiast do tych ciemniejszych odcieni, jeżdżenia na wózku inwalidzkim należą, bariery architektoniczne; schody, progi, krawężniki itp.

Na co dzień się na to nie zwraca uwagi , ani się o tym nie myśli zwłaszcza jak się chodzi. Widać to najbardziej, gdy jeździ się na wózku lub pomaga się takiej osobie niepełnosprawnej. Odczuwa się wtedy , brak wind , podjazdów , krzywe chodniki. Jednak nie ma co za dużo narzekać . Świat się nie dostosuje do nas (choć pomału zmienia się na lepsze) trzeba się dostosować do świata. Trzeba „polubić” schody i inne tego typu przeszkody.

Trzeba odkryć w nich pozytywne strony np. przy pokonywaniu ich często pomagają nam nieznajomi ludzie. Stwarza to możliwość do zawierania nowych znajomości oraz odzyskania wiary w ludzi. Jazdę po krzywym chodniku można potraktować jako masaż ciała.

Życie na wózku, jeżeli masz dystans do swojej niepełnosprawności jest pełne humoru i żartów sytuacyjnych. Zabawne są sytuacje, gdy ktoś do mnie w żartach powie: „wstań i wyjdź” , a potem orientuje się co powiedział , zauważając mój wózek. Widzi mój uśmiech po czym dodaje: „sorry zapomniałem, że jeździsz na wózku”.

Zabawnie, robi się również, gdy ktoś zaproponuje mi żebym usiadła. Takich sytuacji jest na co dzień wiele i wprowadzają dużo uśmiechu. Świadczą o tym, że znajomi zapominają o moim wózku i traktują mnie normalnie.

Ponad to wszystko już od dawna mam swoje własne cztery kółka, na których jeżdżę i nie musiałam robić prawa jazdy (chociaż przydałoby się).

Przecież choroba jest czymś złym…

Około dwóch lat temu na spotkaniu wspólnotowy przy modlitwie dziękczynnej, jeden z uczestników uwielbił Jezusa w chorobie ojca. W tym momencie ktoś zapytał o to, jak można dziękować i uwielbiać Jezusa za chorobę? Przecież choroba jest czymś złym…

Kiedy byłam dziesięcioletnią dziewczynką , siedziałam na wózku przy piaskownicy i obserwowałam moich biegających rówieśników (takie widoki nie wzbudzały we mnie smutku). To był pierwszy moment , który pamiętam, refleksji nad sensem mojej niepełnosprawności. Doszłam wtedy do wniosku , że jestem jaka jestem, bo mam jakąś misję do spełnienia daną mi przez Pana Boga , której nie mogłabym wykonać, będąc zdrową osobom.

Około czterech lat później, zaczęłam się zastanawiać ,do czego mogę zostać powołana ,gdy dorosnę . Myślałam nad życiem zakonnym, małżeńskim lub życiem w samotności. Stwierdziłam wtedy , że jeśli bym miała zostać zakonnicą to Bóg „ nie posadziłby” mnie na wózku. Pozostało w takim razie małżeństwo lub życie w samotności.

Gdy miałam siedemnaście lat, pierwszy raz się zakochałam. Zaczęłam zastanawiać się poważnie nad pewnymi kwestiami nad, którymi wcześniej nie myślałam. W szczególności nad tym, czy ktoś będzie w stanie mnie pokochać taką jaką jestem i założyć ze mną rodzinę? ( to było i nadal jest moim największym marzeniem). Dopiero, wtedy przeżyłam bunt i nie zgodę na chorobę. Zaczęłam też gdybać ,co by było, gdybym była zdrowa…

To był jeden z najcięższych okresów w moich życiu , który przyniósł mi odpowiedzi na parę trudnych pytań (choć nie na wszystkie). Konsekwencją czego , było to , że pierwszy raz spojrzałam na moją niepełnosprawność , jak na łaskę i uwielbiłam Jezusa w swoje chorobie. Nie lubię gdybać i raczej staram się tego nie robić , ale przypuszczam , że gdybym była zdrowa, nie byłabym tym kim teraz jestem.

Myślę , że każdy chory, który wierzy w Boga ma kryzysy , ale i też takie momenty, w który widzi „plusy” swojej choroby. Wiem , że to dziwnie brzmi, bo oczywiście choroby same w sobie, nie są dobre, ale Pan Bóg ma moc przemieniania tego co złe w dobro. Czasem wykorzystuję chorobę do tego by np. pogodzić i zbliżyć rodzinę lub nas nawrócić itp. Wiele ludzi zdrowych, powiedziało mi, że my ludzie chorzy jesteśmy dla nich świadectwem wiary i siły. Patrząc z tej perspektywy można dziękować i uwielbiać Jezusa za chorobę.