Jeżeli- jestem

„W codziennym życiu wyraźnie widać, że to nie szczęście czyni nas wdzięcznymi, lecz wdzięczność – szczęśliwymi”

Od momentu gdy przeczytałam te słowa, mocno we mnie pracują. Sam temat wdzięczności (choć poruszałam już go) powraca do mnie.

Jeżdżę na wózku i siłą rzeczy musiałam się nauczyć prosić o pomoc, a naturalną rzeczą (czego uczyła mnie mama) jest słowo DZIĘKUJĘ. Zawsze powtarzała mi, że ona jest moim rodzicem, więc pomoc mi to jej obowiązek, ale każda inna osoba nie musi tego robić, więc trzeba być wdzięcznym.

Od śmierci Jarka doświadczyłam jak ważna jest w życiu postawa wdzięczności do Boga i drugiego człowieka. Ostatnio uderza mnie brak wdzięczności u innych za proste i za te większe rzeczy…

Myślę sobie, że jeżeli jestem w stanie szczerze podziękować za mój wózek, bo „nauczył” mnie np. cierpliwości, to jeśli jesteś sprawny to też masz za co dziękować…

Jeżeli jestem w stanie szczerze podziękować za chorobę mamy, która była dla mnie lekcją jak powstawać gdy się upadnie i mocno poturbuje… to jeśli miałeś / masz zdrową mamę/tatę to tez możesz dziękować…

Jeżeli jestem w stanie szczerze podziękować za każde odrzucenie, bo nauczyło mnie wybaczać, rozumieć i akceptować, to jeśli czujesz się całe życie kochany i nikt Ci jeszcze nie złamał serca to również masz za co dziękować…

Jeżeli jestem w stanie po tragicznej śmierci Jarka szczerze zauważać i dziękować za dobro, które się dzieje, mimo wielkiej tragedii, to…

Za co jestem dzisiaj wdzięczna/ wdzięczny Bogu?

Anatomia grzechu.

„Bardzo wielu ludzi nie jest w stanie zdecydować się na radykalny krok, powiedzieć: ” Tak to jest moja droga”. Ale nie staniemy się w pełni ludźmi, jeśli w którymś momencie życia nie podejmiemy zobowiązań i nie powiemy :” tak” .”

Radykalizm- to coś co podziwiałam u innych, ale na co nie miałam odwagi zdecydować się sama…

Bo przecież jestem wyrozumiała, cierpliwa i takie tam. Przez co byłam często „letnia”: Generalnie mówię Ci tak, Boże, no ale wiesz jak to jest…

Z tym cytatem, który przytoczyłam kojarzy mi się moment, do którego często wracam w rozmowach czy w tekstach. Momentu mojego początku nawrócenia.

Zdecydowałam się wtedy powiedzieć świadome- „TAK” Bogu i iść za Prawdą. Wkrótce byłam świadkiem wielkiego zgorszenia. Zobaczyłam jak działa zły duch. Tak zaciemnia obraz, że do człowieka nie docierają fakty i proste prawdy… To było dla mnie straszne… Zobaczyłam „anatomię grzechu”…

Co robiłam? Modliłam się i konsekwentnie mówiłam prawdę, byłam szczera… Oberwało mi się mocno za to. Zmęczyło mnie to psychicznie i duchowo, ale dałam rade… dzięki Bogu. Hmm… z perspektywy czasu patrzę na to jak na lekcję.

To była pierwsza sytuacja (możliwe nawet, że pierwsza w życiu) gdzie byłam naprawdę szczera: z Bogiem, sama z sobą i z drugim (bliskim mi) człowiekiem. I choć konsekwencją wybrania prawdy było odrzucenie (które jest mi bardzo znane…) to tym razem, choć było mi trudno i potrzebowałam czasu, by przetrawić temat , to nie czułam porażki, a zwycięstwo. Mogłam spojrzeć w lustro bez wyrzutów sumienia…

Wara-ode-mnie !

Czemu kiedyś bałam się ciszy ? Głównie dlatego, że bałam się siebie i tego co mówi mi moje sumienie… Jak wiecie nie zawsze moje życie z Bogiem wyglądało tak jak teraz… Bardzo bałam się samotności. Jest kilka powodów, ale jednym z najważniejszych było to, że przebywanie z sama sobą było ciężkie….

Jak jest teraz ? Znam siebie na tyle, ze nie boję się ciszy, że cisza jest mi potrzebna, by siebie nie zgubić….by stawać przed Bogiem wprawdzie, bez żadnej maski, religijnej, grzecznej dziewczynki, której życie jest antyświadectem wiary dla innych…

Dzięki Bogu nabrałam pewności siebie… wiem jak chcę żyć, o czym marzę, czego się boję, co lubię i czego nie lubię itp…

Kiedyś zastanawiałam się co jest ze mną nie tak, że kolejny człowiek (bliski mi) zranił mnie? Jaka powinnam być, by ludzie nie opuszczali, nie odrzucali mnie ???

Dzisiaj wiem jaka jestem i w jakim kierunku chcę i idę od 3 lat… Dlatego bardzo trudno jest żyć w świecie, w którym ludzkie zachowania wywołują łzy i niedowierzanie, ze można tak się zachować.

Wykazać się brakiem szacunku do nieżyjącego bardzo dobrego człowieka i jego najbliższych… Do tego co przez kilka ostatnich lat zrobił dla innych. Ręce opadają, brak słów…

Pomijając jednak wszystkie emocje, które wzbudzają we mnie ostatnie wydarzenie oraz niezbyt miłe migawki z przeszłości… wiem, że ci ludzie mają duży problem i oby się opamiętali póki czas…

Dziś wiem też, że nie jestem na nikogo „skazana” mimo, że jestem niepełnosprawna i potrzebuję pomocy w pewnym kwestiach. Zaufałam Bogu i oddałam Mu moją przestrzeń.

Dzisiaj są wokół mnie ludzie, którzy doceniają mnie: to kim jestem i jak się zmieniłam. To co robię z moim życiem. Ja to naprawdę czuję… Są też oczy, w których widzę zrozumienie… Jestem w tym wszystkim wolna.

A do tych, których przerasta /przerastało poznanie mnie, lub wydaje się że wiedzą kim jestem, i zwracanie mi uwagi lub „naprawianie mnie” polegało na dowalaniu mi i uprzykrzaniu mi życia – powiem brzydko, ale dosadnie : WARA ODE MNIE !

A ja powiem…

Ostatnio zastanawiałam się nad pewnymi zwrotami, które są powszechnie znane i chętnie powtarzane, ale czy do końca rzeczywiście są prawdziwe? Moim zdaniem: zależy…

„Nigdy nie mów nigdy”- a ja właśnie w pewnych kwestiach powiem: nigdy. Dlatego, że znam siebie i w tym moim życiu trochę przeżyłam, z wielu sytuacji nie skorzystałam (a mogłam), z paru też rzeczy zrezygnowałam, co na tamten moment byłoby pewnie fajne i przyjemne…

Nigdy nie wykorzystałam/nie wykorzystam wiedzy o drugim człowieku, by mu uprzykrzyć życie (nawet jeśli czułabym się zraniona).

Nigdy nie spróbowałam/ nie spróbuję marihuany lub innych narkotyków, nawet z ciekawości… Przeżywanie życia na trzeźwo czasem boli…, ale tylko tak można doświadczać jego blasków i cieni w pełni. Można naprawdę żyć.

Nigdy nie knułam i nie będę knuła jakichś intryg, by coś lub kogoś zdobyć. Kłamstwo i krzywda drugiego człowieka to beznadziejny fundament, który wcześniej lub później runie… Tylko na prawdzie można zbudować coś trwałego i pięknego.

„Idź za głosem serca” – owszem… tylko co my w tym sercu aktualnie mamy … i do czego ten „głos” nas namawia? Bo jeżeli np. do rozwalenia komuś małżeństwa czy związku to coś jest nie tak… a to co czujemy to nie jest miłość… Poza tym serce powinno „współpracować” z rozsądkiem.

Pan Bóg daje zawsze wybór miedzy dobrem, a dobrem. Jeżeli mamy wybrać między dobrem, a grzechem to to nie pochodzi od Boga…

Podobnie uważam jeśli chodzi o zdanie: „ o miłość trzeba walczyć”. Nie do końca … Zdarzają się sytuacje, gdzie kierując się miłością trzeba odpuścić, zrezygnować… Właśnie dlatego, że nam zależy na dobru i szczęściu ukochanej osoby.

Jeśli kogoś kochasz daj mu wolność. Gdy wróci -zostanie z Tobą na zawsze. Jeśli nie wróci, nigdy nie był Twój.”

Jak- zamurowani.

Gdy do kin weszła „Pasja” Mela Gibsona miałam 16 lat. Jeden z obrazów, który mocno zapadł mi w pamięć. W sumie dwa momenty, które stworzyły mi jeden obraz, który do dzisiaj daje mi do myślenia.

Pierwszy moment, gdy już siedziałam na swoim miejscu czekając na seans. Obserwowałam ludzi wchodzących na sale. Jedni głośno się śmiali, trzymając popcorn, colę, drudzy skupieni, dający wrażenie, że wiedzą na jaki film przyszli. Normalny obraz.

Jednak to co zobaczyłam po seansie to mnie zaskoczyło i zastanowiło. Leciały napisy, włączyli światła, a nikt, ale to nikt nie ruszał się z miejsca. Wszyscy siedzieli w miejscu, milcząc… jak zamurowani…

Ja sama wtedy zaczęłam „dotykać”, rozumieć jak wielką ofiarę Jezus poniósł …. Do czego „posunął” się sam Bóg, by mnie zbawić… A gdy ktoś się pytał czy mi się podobała „Pasja”… to nie potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie… stwierdzając, że nie jest to dobrze zadane pytanie… Później wracając do tego filmu, raz po raz, zaczęłam odkrywać jaki to ważny film…

Przez pierwsze tygodnie po śmierci Jarka, nieustanie towarzyszyła mi jedna scena z „Pasji”. Gdy Jezus upada pod ciężarem krzyża i podbiega do Niego zapłakana Maria. Jezus tłumaczy jej wtedy, że wszystko czyni nowym…

Tak… świat się zatrzymał, świat runął. Ale Jezus przyszedł z prawdą i nowym początkiem relacji, które z bólem serca pożegnałam i zaakceptowałam taki stan rzeczy.

„Wierzę w Ciebie Boże. Zaradź mojemu niedowiarstwu”

Tryb podróżnika

Mówi się, że podróże kształcą – to prawda. Dzięki Bogu odbyłam parę takich w ostatnim czasie, odrywając w sercu, że lubię (od czasu do czasu) zwiedzić jakiś zakątek Polski czy miejsca poza granicami naszej Ojczyzny. Mam w sobie „Tryb podróżnika”, z którego z chęcią korzystam, gdy mam okazję.

Jednak w moją najważniejszą „podróż” wyruszyłam około trzech lat temu. Nie wiedząc tak naprawdę nic… Pod wielkim znakiem zapytania. Wszystko to, co wiedziałam o swoim życiu, o swoich relacjach z ludźmi w większości okazało się nieprawdziwe, letnie i nietrwałe.

Postanowiłam skorzystać z łaski, którą dostałam przy Chrzcie Świętym i podjęłam decyzję, że chcę poznać i iść (od tej pory) za Prawdą… Zaczęłam się nawracać, chociaż byłam praktykującą katoliczką „od zawsze”. Co się więc stało, że uwierzyłam w Boga, wierząc w Boga?

„Nikt też nie może powiedzieć bez pomocy Ducha Świętego: «Panem jest Jezus»”

1.Kor 12,3b-7.12-13

Hmm… Duch Święty…. Nie zastanawiałam się zbytnio nad Nim wcześniej. Wierzyłam, ze istnieje i ze działa w życiu innych ludzi…, ale to tyle… To był mój problem…(jak się okazało).

Moim pierwszym krokiem, pierwszym momentem, od którego wszystko we mnie zaczęło się zmieniać, to chwila, w której zamknęłam oczy i pomodliłam się sercem do Ducha Świętego… Wtedy nie zdawałam sobie sprawy z wagi tego momentu, ale wszystko zaczęło się powoli rozjaśniać…

Zdałam sobie później sprawę, modląc się jedną dziesiątka różańca, że tak naprawdę nie dbałam wcześniej o osobistą relację z Bogiem, nie modliłam się, nie rozmawiałam z Nim… A jak już to robiłam, to było to bardzo powierzchowne i chwilowe….

Odkrywałam jak ważna jest codzienna szczera modlitwa… Jak ważna jest prawda (nawet jeśli boli) i jak ważna jest wierność w najmniejszych codziennych sprawach. Przekonałam się, że Bóg słucha. Postanowiłam regularnie dbać o łaskę uświęcającą. Staram się też, (od tamtej pory) być raz w tygodniu na dodatkowej Eucharystii.

Postanowiłam postawić Boga na pierwszym miejscu i być Drugą…. To paradoksalnie spowodowało nie jedno „trzęsienie ziemi”. Po których obserwowałam różne efekty.

Po jednym coś zostało i się wzmocniło. Po innym coś zniknęło. Było też takie, po których został gruz, na którym można coś na nowo budować…

Najważniejsze jest jednak to, że chwyciłam się mocno ręki Jezusa, prosząc, by nie pozwolił mi się wyrwać…. Uwielbiając Go, nawet w tym co jest bardzo trudne….

Mówić Bogu „TAK”, gdy wszystko wokół mówi „NIE”, nie jest łatwe…, ale gdy się spotka żywego Boga chociaż raz to inaczej już nie można…

„Niech się trzęsie ziemia

Niech się burzy piach

Chcę patrzeć w górę

Gdzie nadzieja ma”

Duchowy outsider.

Powroty do „przeszłości” bywają nieplanowane i nieprzyjemne… Gdy przychodzi Ci się zetknąć ze „światem”, który bezpowrotnie dla Ciebie runął. Kilka lat temu opuściłaś go… Zastanawiam się: kim byłam? Kim byłam, że z własnej woli w tym „świecie” tkwiłam i jeszcze bawiło mnie to…? Do tego jeszcze… gdy się rozwalał próbowałam to i tak posklejać…

Pan Bóg pokazał mi jak przez ostatnie 3 lata mnie zmienił (sama jestem zadziwiona jak bardzo…), a może inaczej: wydobył/wydobywa ze mnie to co mi dał, to co najlepsze, a z czego nie chciałam korzystać, by podobać się „światu”. Robi to na różne sposoby.

Zawsze czułam się „inna” (bynajmniej nie przez to, że jeżdżę na wózku). Czasem stwierdzając, że może wszyscy dokoła mnie mają rację żyjąc jak żyją, a to ze mną jest coś nie tak…

Teraz momentami czuję się jak duchowy outsider (i może nim jestem), z tą różnicą, że dziś Boże Ci za to dziękuję…

NIE – TAK

Po nawróceniu, gdy się zakorzeniłam w moim „nowym” życiu, wszystkie lęki oddawałam Panu. Pamiętając, że nie pochodzą one od Boga.

Pojawił się jednak, wśród znanych mi lęków, zupełnie nowy lęk … Bałam się tego, że wydarzy się coś, co spowoduje, że zwątpię i stracę żywą wiarę… Prosiłam więc bym nigdy nie zwątpiła….

Gdy zginął Jarek chodziłam na rekolekcje, w których się „schowałam” i wypłakiwałam się Jezusowi. Pewna znajoma chwyciła mnie za rękę, spojrzała w moje zapłakane oczy i powiedziała:

– Asia, proszę Cię… nie obrażaj się na Pana Boga…

Tak, stało się coś dramatycznego. Coś, czego nie rozumiem… Mogłoby to zachwiać mocno moją wiarą i ludzie by to zrozumieli… Ale tak się nie stało. Myślę, że to by był najgłupszy krok, który mogłabym teraz zrobić: powiedzieć Bogu -NIE!

Moje modlitwy z początków nawrócenia zostały wysłuchane… Czy trzeba stracić by zyskać ? Nie wiem… ale nadal wierzę i mówię Bogu TAK !

„Co dla człowieka jest końcem, dla Boga jest początkiem.”

Woda

To kiedy milczeć, a kiedy powiedzieć? Czasem jedyne co mamy to słowa… TYLKO czy AŻ słowa – to zależy od nas . Czasami dochodzimy do ściany. Spotykamy się z niezrozumieniem lub odrzuceniem… Przestajemy rozmawiać. Pozostaje milczenie. Dzień, tydzień, miesiąc, rok, całe lata…

Wszystko co zostało wcześniej powiedziane, wydaje się bez sensu i takie bez znaczenia.

Pan Bóg w swojej mądrość pokazał mi, że to nie do końca zawsze tak jest…

Gdy było ze mną źle psychicznie i duchowo, bo po raz kolejny świat, który zbudowałam zawalił się, Mama przesłała mi piosenkę.. Przesłuchałam, stwierdziłam że ładna i tyle…

Ostatnio przypomniałam sobie tamten moment i tę piosenkę:

Ref: „Pozwól mi utonąć. Pozwól mi żałować. Póki jestem sobą, niech mnie weźmie woda.
Ja się znów urodzę i na stałe wrócę. Podziękuję wodzie. Życia się nauczę.”

Słowa tej piosenki były dla mnie jak „ proroctwo”, które dzisiaj rozumiem. Dokładnie to się zadziało w moim życiu…

Byłam bezsilna i się poddałam. Żałowałam tego co powiedziałam i nie powiedziałam. Tego co zrobiłam i tego czego nie zrobiłam. Szans, z których nie skorzystałam. Momentów, gdzie nie umiałam odpuścić lub nie umiałam zawalczyć.

Rodziłam się na nowo i uczyłam się życia. Wróciłam… Dziękuje, że Pozwoliłeś mi utonąć, by teraz prowadzić mnie po wodzie…

Paplanina…

Czasy ostatecznie są bliżej, niż dalej…- ta refleksja powraca do mnie, gdy z niedowierzaniem obserwuję, co się dzieje na tym świecie. Do czego jesteśmy zdolni… Jak potrafimy krzywdzić siebie nawzajem… Jak tam można ? -pytamy . Zastanawiamy się – Gdzie jest Bóg?

Może warto zapytać o coś innego: co ja robię ? Mamy prawo reagować i komentować, ale czy zawsze pownniśmy to robić… Czy nie lepiej czasem pomilczeć i zastanowić się… Poza tym często nie mamy kompetencji i wiedzy , by na dany temat się wypowiadać, więc po co się nakręcać ….?

Ostatnie dni utwierdziły mnie , w decyzji o tym, by trzymać się z dala od polityki… Nigdy nie znałam się na polityce i nie chce jej poznawać . Co za tym idzie nie wypowiadam się na ten temat. Jestem ignorantką ? Może i tak , ale trudno…

Codziennie ktoś ginie.. . Ktoś kogoś traci i czyjść świat się bezpowrotnie zmienia. … Trzeba to przetrwać i dalej żyć… Uszanujmy to , bez zbędnej paplaniny…

Starajmy się korzystać w mądry sposób z danego nam czasu… Naprawdę szkoda go na obrzucanie się nawzajem błotem….

Patrzysz z krzyża na cały ten marny świat, powiedz skąd, skąd, skąd siłę jeszcze masz? By wołać „Ojcze przebacz im , bo nie wiedzą co czynią”.