Manekin bez życia.

W ciągu życia, miałam cztery stany depresyjne. Poczucie prawdziwej beznadziei, bezsensu wszystkiego . Byłam na siebie zła. Za to, że jestem tak słaba. Nie mogę się uśmiechnąć. Nie chce mi się wstać z łóżka. Płakałam… , nie miałam siły nawet udawać, że jest dobrze .

W moim przypadku było najgorsze to, że nawet nie wiedziałam, o co mi chodzi. Dlaczego jestem w tak złym stanie. Wszystkie powody, które znajdowałam, dla mnie samej, wydawały się błahe…

Słowa pocieszenia wydawały się tak puste. Często przynosiły odwrotny skutek , a nawet chwilami denerwowały . Jednak nie miałam siły na wyrażanie jakichkolwiek emocji. Było mi wszystko jedno. Manekin bez życia.

Taka ciemność…. Trudno ubrać to w słowa. To chyba jedna z rzeczy, której jak się nie doświadczy to się nie zrozumie.

Towarzyszyły mi myśli samobójcze. Jednak nawet w takim stanie, nie mogłam zapomnieć, tak do końca o Bogu. O tym ,że to On decyduję o tym, kiedy się rodzimy i umieramy. Modliłam się , więc o śmierć. Jednak wiedziałam , że moja śmierć zraniła by moich bliskich, w szczególności mamę. W tamtych momentach moim krzyżem , było to, że muszę żyć.

Trudno mi określić, gdzie przebiega granica między smutkiem, a stanem, który prowadzi do depresji. Natomiast  wiem, że bywa bardzo cienka . Depresja to choroba . Nie jest wymysłem ludzi, którzy nie radzą sobie życie.

Nie dać zastraszyć się złu.

Przychodzi taki czas w życiu, że decydujesz się zaufać i wychodzisz z łodzi . Wpatrujesz się w Jezusa i idziesz po wodzie .. Jednak woda bywa bardzo niespokojna. Zbierają się chmury, niebo ciemnieje. Zaczyna błyskać, mocno wiać , padać … Zaczynasz się bać…Łatwo się wtedy rozproszyć, stracić równowagę i zacząć tonąć. Jak utrzymać się na powierzchni ?

Trzeba trwać w modlitwę. Czasem nawet wbrew sobie…Nie zniechęcać się, nawet jeśli jest ciężko .Starać się ufać mimo tego, że czasem dzieję się coś złego. Wierzyć, że to mnie ostatecznie wzmocni i zaowocuję czymś pięknym .

Ostatnie miesiące przekonują mnie jak ważne są sakramenty. Regularna spowiedź, Komunia Święta , trwanie w łasce uświęcającej . Trzeba się zakorzenić w Chrystusie i nie dać zastraszyć się złu.

Czasami świat duchowy jest dla mnie bardziej realny i wyczuwalny niż to, co mnie fizycznie otacza. Przez ostatnie tygodnie mocno wyczuwam ,walkę duchową. Miejscami jest naprawdę trudno i nie mam siły… Staram się jednak akceptować sytuacje, których rozumiem i skupiać się na tym, co jest dobre w moim życiu.

.

Czas

„ Im bliżej jesteś Boga, oddalasz się od ludzi”. Takie zdanie usłyszałam podczas spowiedzi. Czy to oznacza , że wybierając Boga, wybiera się samotność? Myślę, że nie. Stawiasz Boga na pierwszym miejscu. Na jakiś czas „odpuszczasz” sobie znajomych lub oni „odpuszczają” ciebie. Po prostu jest to czas weryfikacji całego życia, w tym wszystkich znajomości .

Boję się wielu rzeczy. Strach przed samotnością, miał wpływ na wiele moich decyzji. Powodował, że wiele znajomości „sklejałam” na siłę. Byle bym nie została sama, bo to tragedia…Dzisiaj staram się patrzeć na samotność inaczej .

Jest to czas dla mnie. Daje przestrzeń do zmian. Pozwala nabrać dystansu do przeszłości. Do tego co mnie przerasta. Przez co staję się bardziej obiektywna w ocenie minionych zdarzeń . Nie skupiam się na fragmencie, a widzę całokształt. Dobrze obrazuje to przykład mapy. Gdy stoimy blisko niej, widzimy tylko fragment. Jeżeli chcemy zobaczyć całą mapę , musimy spojrzeć z odpowiedniej odległości.

Samotność uczy też zaufania i cierpliwości. Można przekonać się , komu naprawdę zależy na tobie i za kim ty tęsknisz . Kto akceptuję to jak się zmieniasz, jak zmienia Cię Bóg.

Dlatego trzeba do tego dorosnąć.

Gdy jesteśmy dziećmi ,większość decyzji podejmują za nas dorośli, którzy się nami opiekują. Najczęściej nasi rodzice. Już jako dorośli ludzie mamy prawo do podejmowania własnych decyzji, za które powinniśmy brać  odpowiedzialność i liczyć się z ich konsekwencjami. Dlatego trzeba do tego dorosnąć. Wiara to łaska, ale to co zrobimy z tą łaską ,to już kwestia naszej decyzji.

Łaskę wiary miałam od zawsze. Nie przypominam sobie bym kiedykolwiek twierdziła , że Boga nie ma. Owszem, bywały trudne momenty w moim życiu, w których zastanawiałam się czy Bóg istnieje, ale szybko mi to przechodziło . Nigdy też nie trzeba było mnie zmuszać do chodzenia na Mszę Świętą. To wszystko uważam za łaskę.

Gdy dorastałam, zastanawiałam się nad wiarą i nad tym jaką rolę odgrywa w moim życiu. Doszłam do wniosku ,że jest dla mnie bardzo ważna i nie mogłabym z niej zrezygnować. Jednak byłam wtedy jeszcze dzieckiem i w wielu sytuacjach zapominałam o Bogu . Szłam na łatwiznę, by przypodobać się „ światu”. W wielu sytuacjach wstydziłam się przyznać do Boga. Przez ostatnie lata, bywało podobnie . Bardziej bawiłam się w chrześcijaństwo, niż rzeczywiście byłam chrześcijanką.

Na początku tego roku nawróciłam się i w związku z tym podjęłam świadomą decyzję, że chcę iść za Jezusem. Przyjęłam łaskę wiary, która towarzyszyła mi odkąd pamiętam. Staram się o nią dbać i trwać w niej. Ta decyzja pomaga mi wtedy, gdy mam wiele wątpliwości, słabsze dni . Pomaga mi być wierną i trwać konsekwentnie przy Bogu w modlitwie, mimo wszystko…

Nie uciekam od „Ciszy”.

„Od muzyki piękniejsza jest tylko cisza”. Usłyszałam te zdanie parę lat temu , ale wtedy nie zastanawiałam się nad nim . Dzisiaj myślę , że dużo w nim prawdy.

Bardzo lubię słuchać muzyki, ale bywała ucieczką od ciszy. Szczególnie gdy, nie chciałam usłyszeć  myśli , serca lub sumienia. A przez to wszystko przecież, przemawia również Bóg . Wolałam to wszystko zagłuszyć. Zagłuszyć siebie jakimkolwiek „hałasem”. Byleby przypadkiem w tej ciszy, niczego nie usłyszeć. Nie lubiłam tego jaka jestem , więc nie lubiłam ze sobą przebywać, tak „sam na sam”.

„ Cisza” potrafi też przemówić, ale trzeba dać jej na to szansę. Powiedzieć prawdę. I tego się często boimy.  Czasem wyraża więcej, niż słowa. Nie zawsze to dostrzegałam. Kojarzyłam ciszę, z nudą lub przykrą koniecznością. Nie potrafiłam  długo przebywać w ciszy, a już na pewno, nie na własne życzenie.

Teraz coraz bardziej siebie akceptuj i lubię. Nie uciekam od „Ciszy”, a wręcz jej potrzebuję. Staram się w nią wsłuchać, by usłyszeć, co ma mi do powiedzenia. Lubię ciszę , a to co w sobie kryje doceniam.

Czy mamy prawo się wtrącać?

Większości ludzi, których poznałam twierdzą, że cenią sobie szczerość i napiętnują fałsz. Tak jest przynajmniej w teorii. Z praktyką natomiast bywa różnie. Najczęściej cenimy szczerość gdy niesie za sobą komplementy, słowa wsparcia oraz akceptację naszego postępowania .

Inaczej się zachowujemy jeżeli słyszymy krytykę, braterskie upomnienie. Taką szczerość zdarza nam się interpretować jako np. chamstwo, przykrość lub brak wsparcia. Jako chrześcijanka powinnam kierować się miłością i szacunkiem wobec drugiego człowieka. Nie oceniać, nie osądzać. Jednak nie mogę akceptować grzesznego postępowania.

Łatwiej nam zwrócić uwagę osobie, której nie darzymy zbytnią sympatiom. Nie owijamy w bawełnę, mówimy wprost. Nie boimy się konsekwencji , bo jest nam obojętne czy ta osoba się na nas obrazi. Natomiast ,gdy kogoś lubimy, nie jest to takie proste. Mamy dylemat: milczeć czy mówić. Zastanawiamy się nad tym , czy mamy prawo się wtrącać.

Trudno jest powiedzieć: „ słuchaj lubię Cię, ale nie akceptuję Twojego postępowania…” Natomiast jest to uczciwe i szczere względem osoby na której nam zależy, Boga oraz własnego sumienia. Dlatego w takich sytuacjach warto przyzywać Ducha Świętego i prosić , by nas prowadził w prawdzie. To co dana osoba z tym zrobi to już jej decyzja.

W wielu momentach mojego życia, brakowało mi takiej uczciwości , szczerości wobec siebie i innych . Wygrywał strach przed konsekwencjami lub źle rozumiana dyplomacja. Prowadziło to do różnych nie porozumień , a w ostateczności zerwania kontaktu.

W czasie tych ostatnich miesięcy parę razy zadałam sobie pytanie : mówić czy nie mówić?. Tym razem prosiłam o pomoc i odwagę Ducha Świętego. Mimo strachu upominałam. Każda z tych osób zareagowała inaczej. Jedna mnie odrzuciła. Druga mi podziękowała, przemyślała swoje zachowanie i coś z tym zrobiła. Trzecia przyjęła moją uwagę, ale pozostała  wobec niej obojętna. Ja natomiast za te osoby się nadal modlę.

Pusty slogan.

Znane hasło: „bądź sobą” To często niestety tylko pusty slogan… Tak naprawdę spotkałam niewielu ludzi na swojej drodze, którzy mają odwagę w stu procentach być sobą. Kierują się miłością , są miłosierni , ale nie boją się nazywać rzeczy po imieniu. Nie idą na kompromis z grzechem…

Często wolimy założyć maskę dla innych, ale również dla siebie. To wydaje się łatwiejsze, niż zmierzyć się z prawdą o sobie. Co za tym idzie , nasze relacje z innymi, są często chwilowe i pełne fałszu nawet jeżeli zapowiadały się na trwałe i prawdziwe….

Przez ostatnich dziesięć lat , zawierałam takie znajomości. Z osobami, które były mi bardzo bliskie , bez których nie wyobrażałam sobie mojego świata, dzisiaj nawet nie rozmawiam… Pozostały wspomnienia i zranienia. Zastanawiam się się czy znałam te osoby. Ile warty, był ten nasz wspólny czas oraz „wielkie słowa”. Nie wiem…. Boli mnie to

Gdy moje słowa są spójne z moimi czynami i życiem nabierają wartości . W innym przypadku stają się pustymi sloganami… By być sobą trzeba najpierw poznać siebie. Stawać w prawdzie to bardzo ważne.

Nie chcę chodzić…

Dla jednych jestem świadectwem tego jak Bóg umacnia i pomaga nieść nasze krzyże. Dla innych natomiast jestem dowodem na to, że Bóg nie istnieje. Często słyszę: -Tyle cierpienia , współczuje, pewnie byś chciała być zdrowa…- szczerze mówiąc, nie wiem….

Oczywiście mama dbała o to , żebym ćwiczyła i była jak najbardziej samodzielna, ale nigdy nie żyłam tylko po to, by zacząć chodzić . Moja sprawność fizyczna nie była i nie jest warunkiem pełni mojego szczęścia…

Jak to jest jeździć na wózku od urodzenia?- zapytał mnie ostatnio znajomy. W tamtym momencie nie zdążyłam odpowiedzieć, ale pomyślałam sobie wtedy – normalnie…Choruję na dziecięce porażenie mózgowe. „Rosłam”na wózku. Innej rzeczywistości nie znam. Nie wiem jak to jest samodzielnie chodzić.

Parę lat temu, podbiegł do mnie mężczyzna i zapytał czy modlę się o swoje całkowite fizyczne uzdrowienie. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie. W pewnym sensie nie chcę chodzić…Nie potrafię odpowiedź czemu Bóg doświadcza mnie niepełnosprawnością, ale rozumiem to i akceptuję.

Wierzę,że jest w tym sens i Jego plan, który widzę, ale nie umiem ubrać tego w słowa. Przez ostatnie miesiące mocno do mnie dotarło, że choroba uczy mnie całe życie pokory, wdzięczności i cierpliwości.

Walkę toczę z sobą samą.

Jak idziesz sam przez „ pustynię” , masz szansę spotkać się z Bogiem. Przejść przez ten czas z Jezusem. Możesz również spotkać się ,ze swoim „ prawdziwym ja” . To bywa najtrudniejsze, ale bardzo ważne i warte wysiłku spotkanie. Wspominałam już kiedyś , że nie da się uciec od siebie samego . Oczywiście można próbować, ale dla mnie to strata czasu i energii.

Teraz najcięższą walkę toczę z sobą samą. Między tym jaka byłam jeszcze parę miesięcy temu , a tym jaka jestem dzisiaj . Trudno jest przestać kombinować po staremu i postąpić inaczej , odpuścić . Iść „za” , a nie „przed”… Trzeba zaufać i wierzyć, że to co się dzieje, ma się dziać…

Kilka dni temu, spojrzałam na ten trudny czas ,jak na próbę. Weryfikację tego, na ile to do czego doszłam przez te parę miesięcy, zapisało się w mojej codzienności. Na ile zmiany, które we mnie zachodzą, są trwałe . Czy  jestem wierna…Nie wystarczy raz podjąć decyzję, ale trzeba jeszcze codziennie w niej trwać i potwierdzać.

Przechodzę przez pustynię.

Przechodzę przez pustynię… To nie pierwsza pustynia w moim życiu. Jednak po raz pierwszy chcę ją przejść z Jezusem. Staram się patrzeć na te ciężkie dni, jak na szansę zbudowania lepszego życia.

Wiele sytuacji mnie przerasta… Nie wiem komu ufać.. .Czuję pustkę… Noszę w sobie wiele wątpliwości i zranień. W ostatnim czasie nie rozumiem ludzi, ani rzeczywistości, w której żyję . Jednym komentarzem, na który mnie tak naprawdę stać to cisza… Po prostu jestem bezsilna wobec tego wszystkiego…, ale może tak ma być?

Tym razem nie chcę uciekać mimo, że kusi…, bo boli.  Chcę zaakceptować to wszystko co się dzieję choć to trudne…Ustąpić miejsca i dać działać Bogu w tych wszystkich obszarach, zaufać…Rozłożyć ręce i modlić się. Nie mam siły, więc Ty Jezu bądź moją siłą, prowadź mnie dalej w prawdzie. Dziękuję, że Jesteś.