11 sierpień- ostatni dzień pielgrzymki. Nie lubiłam tego dnia i wejścia do Częstochowy.
Nie dlatego, że to był koniec. Po 2 tygodniach chciałam się wyspać, spokojnie wykąpać czy załatwić się bez kolejki.
Niektóre, były tak ciężkie psychicznie- szczególnie ta po śmierci Jarka- że cieszyłam sìę na koniec.
Ja bałam się , że po dojściu do Częstochowy po Mszy Świętej, jak dobiegniemy do aurtokaru , by się przebrać itp.
To przez ten cały chaos zostanę sama pod autokarem czekając na czuwanie.
Oczywiście dbałam o to by,tak nie było i tak się nigdy nie zdarzyło.
Dlaczego się bałam? Ponieważ bardzo często było tak , że po osiągnięciu celu nie czuło się już wspólnoty. Każdy sobie i w swoją stronę.
Współczułam również zawsze pierwszakom ( pielgrzymi , którzy byli pierwszy raz byli na pielgrzymce), często inaczej wyobrażali sobie wejście do Częstochowy i pobyt tam. Czuli się zagubieni.
Parę razy udało mi się jednak doświadczyć wspólnoty do samiutkiego końca.
To się stało po zmianie grupy. Zobaczyłam , że wiele zależy od tego jak kapłan – przewodnik jednoczy grupę przez całe 2 tygodnie i dba o to by tak zostało do momentu ,aż autokar dowiezie nas do domu.

Po dwóch tygodniach wysiłku ciała domagają się odpoczynku, a psychika już nie ciągnie, bo cel został osiągnięty – pojawia się wielkie zmęczenie i apatia. Zjawisko zupełnie normalne. Trzeba je potraktować tak samo, jak deszcz, słońce czy brudną ubikację – to się po prostu zdarza.
Pozdrawiam.