Rok temu mój mrok , z którym walczę mocno przybrał na sile… Wciągnął mnie w swoje lochy.
Zdawało mi się , że weszłam w nie tak głeboko, że nie mam siły , by szukać drogi powrotu.
Myślałam, że jestem wariatką… (chociaż ta myśl ciągle gdzieś blisko mnie się czai )Na same wspomnienie ,chcę mi sìę plakać…
Małymi kroczkami pracuję na tym , by te lochy , ten labirynt opuścić. Raż czuję się lepiej raz gorzej. Różnie ze mną bywa .
Poznaję dobrą stronę rutyny , nawyku , powtarzalności.
To stałe elementy dnia codziennego dają mi jakieś poczucie bezpieczeństwa, które jest bardzo ważne, w walce z tym z czy przyszło mi się zmagać.

Bycie tzw. „wariatk@” nie takie straszne, o ile się pracuje nad sobą i awoimi słabościami („wariactwami”), w razie konieczności bierze odpowiednie leki. A przede wszystkim łączy się z szaleństwem Chrystusa (bo Jego krzyż to szalony pomysł).
Dwie najważniejsze sprawy do zapamiętania:
1 – To nie Twoja wina.
2 – To minie.
Trzymaj się – pozdrawiam.
Pozdrawiam CIę serdecznie. Do tego co wyżej mogę tylko dopisać: tak, rutyna pomaga 🙂