Od jakiegoś czasu noszę w sobie taką refleksję:
Mając dwadzieścia parę lat, podczas różnych katolickich rekolekcji i akcji ewangelizacyjnych, poznałam wielu młodszych ode mnie, bardziej lub mniej zaangażowanych we wspólnotach katolickich ludzi. Obserwowałam jak żarliwie się modlą, wyznają Jezusa Chrystusa jako jedynego Pana i Zbawiciela oraz zachwycają się księżmi.
Obserwując czasem dyskusje w mediach społecznościowych, to co udostępniają na swoich tablicach, co lajkują chrześcijanie, katolicy… Zastanawiam się: co z tej formacji duchowej zostało…?
Mam dopiero / aż 30 lat i wiem, że w pewnych sprawach nie ma kompromisu. Nie da rady się iść jednocześnie w dwie przeciwne strony.
Często spotykam się z pytaniem:
„A kim Ty jesteś by mówić komuś jak ma żyć?
Ja jestem nikim, nie mam takiego prawa – to fakt… ale wierzę w Boga, Jezusa Chrystusa, który jest miłosierny i kocha każdego człowieka, ale mówi mi też jak mam żyć, o pewnych rzeczach wypowiada się radykalnie i bardzo jasno.
„Boże, Ty ukazujesz błądzącym światło Twojej prawdy, aby mogli wrócić na drogę sprawiedliwości, spraw, niech ci, którzy uważają się za chrześcijan, odrzucą wszystko, co się sprzeciwia tej godności (…)”
