Czas – pojęcie względne. Jak go nie mamy – chcielibyśmy mieć, jak go mamy w nadmiarze – to nudzi nam się. Gdy nie mamy czasu, mamy tyle planów, marzeń, jak możemy je realizować – to często nie mamy nastroju i nie chce nam się…
Może po prostu nie do końca wiemy czego chcemy, czego potrzebujemy?
Ocieramy się o tragedie, lub doświadczamy tego czego baliśmy się najbardziej, najgorszego… To takie rekolekcje, w obliczu których zastanawiamy się nad sprawami ostatecznymi. Sprawy, które przed chwilą były ważne, stają się nieistotne, bo teraz wiemy co jest najważniejsze i prosimy Boga o to jedno o nic więcej…
Zastanawiam się ile i na ile w nas zostaje z takich rekolekcji? Zwłaszcza, gdy kryzys zostaje zażegnany… Na całe życie? A może przez miesiąc, rok? I wszystko wraca do normy… i znowu nie szkoda nam czasu… Mówi się, że tak to już jest: że trzeba stracić by przejrzeć, by zrozumieć, by docenić. Ale czy nie da się na pewno chociaż ciut wcześniej…?
